Ewa Madeyska "Katoniela"
M. Czabała
"Katoniela" to książka - o ile dobrze zrozumiałam - o zgubnym wpływie katolicyzmu na życie. Propagandowe przesłanie rzadko bywa zaletą, ale jednocześnie nietrudno poczuć szczerość i pasję autorki, a co za tym idzie dać się wchłonąć, przynajmniej na jakiś czas, jej wizji świata. Konsekwentnie ponura "Katoniela" to także książka ambitna językowo, choć nie zawsze ambicje te przekształcają się w zręczną realizację.
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie , Sierpień 2007
ISBN: 978-83-08-04092-8
Liczba stron: 320
Wymiary: 125 x 200 mm
Cena: 28,90 zł
Bohaterką "Katonieli" jest Aniela (katowana Aniela, to akurat bardzo ładne, prawda?). Jej życie składa się wyłącznie z rzeczy ponurych: nieczułej matki, zdradzającego ją i obojętnego ojca, przypadkowej ciąży, poronień, przemocy w małżeństwie i generalnie licznych patologii dnia codziennego. Nic nie ma tam dobrego: jeśli jest kochana siostra, to jakby pożyczona - bo nie na długo. Jeśli małżeństwo, to nieudane, jeśli przyjaciółka, to jedyna, w dodatku zwracająca się do naszej bohaterki per "dziwko". Trudno uwierzyć, że człowiek może egzystować tak wyłącznie na jednej, ponurej nucie. Że nie zdarzają mu się jakieś przejaśnienia - ale może tak jest, jeśli zaczyna się źle i nic w nas nie ukształtowało modułu odpowiedzialnego za radość.
U podstaw tego nieudanego życia, hipokryzji oraz braku porozumienia, szacunku i czułości leży, według autorki, katolicyzm. Smutna to wizja i myślę, że nie bardzo prawdziwa - powiedzmy raczej, że również katolicyzm nie jest nas w stanie uchronić nas przed byciem niezbyt dobrymi ludźmi (bo tak ewidentnie, jednoznacznie złych osób to mimo wszystko w tej książce nie ma tak wiele). Oczywiście rozdźwięk między postępowaniem a zasadami dobrego chrześcijanina potrafi wyglądać tak spektakularnie... I ten rozdźwięk to siła tej książki; cieszę się naprawdę, że na takich katolików się w życiu nie natknęłam, a w każdym razie nie poznałam ich na tyle, żeby mieli wpływ na moje życie. Jak wiadomo, katolicyzm może mieć różne oblicza, a to księdza Tischnera, a to Ojca Dyrektora (swoją drogą ciekawe, że Radio Maryja jest zupełnie w książce nieobecne). Autorka "Katonieli", Ewa Madeyska, opisuje katolicyzm znacznie bliższy tego drugiego bieguna. Ze złością, z niechęcią, a czasem także ze współczuciem. Przykro mi jednak, że tak całkiem pozbawiła swoją bohaterkę siły do zmieniania swojego losu, że pozostawiła jej tylko bierny jednak w sumie gniew na świat, Boga i otaczających ją ludzi. W strukturze fabularnej wypada to trochę jak melodramat, trochę jak zaangażowana społecznie Orzeszkowa. Ale jak to bywa i z melodramatami, i z Orzeszkową - czyta się.
Język Ewy Madeyskiej to przedziwna kombinacja języka codziennego i języka biblii czy kazań, połączonych z niezłą dozą wulgarności. W jednym akapicie mamy tak zaprawdę powiadam i pochwę (wiem, wiem, to wcale nie takie znowu wulgarne). Na początku czytało mi się to strasznie ciężko, a stosowane przez autorkę metafory wydały mi się cokolwiek toporne (np. szmatka jak prostytutka - bo wszystko jej jedno po jakich powierzchniach jeździ - np. proszę...), ale później się wciągnęłam. I sądzę, że to zasługa wzrastającej płynności narracji.
I na zakończenie - świetna okładka: dekoracyjny kolaż ze świętych obrazków, w którym, pod światło zobaczymy co innego, a mianowicie nagą czaszkę. Super brawo dla autorki, Karoliny Kowalskiej.