Niania w Nowym Jorku
Marta Czabała
Przyzwoity to film, choć na pewno nie wybitny. Nieźle zagrany, chociaż nie przez wszystkich aktorów. To taka kolejna, w miarę przyzwoita propozycja na okres świąteczny, gorsza niż książka (niespodzianka...) ale lepsza niż niejeden film z tego gatunku.
Manhattan od dawna uchodzi za jedną z najbardziej wyrafinowanych stolic mody i stylu. To taki Paryż i Mediolan Ameryki. To tam mieszkania osiągają astronomiczne wręcz poziomy wynajmu i to tam styl i wyczucie mody definiowane jest na nowo. W takie właśnie środowisko trafia, ledwie co dorosła Annie Braddock (Johansson), która swoją niepewność co do przyszłej drogi zawodowej postanawia przeczekać jako niania małego chłopca, z bardzo wyrafinowanej (patrz: zimnej i nieprzystępnej) i równie bogatej rodziny. To, co z zasady ma się wydawać ciekawą i interesującą pracą stopniowo nabiera dla niej innych, zdecydowanie mniej optymistycznych barw i angażuje w sposób jakiego wcześniej nie przewidziała.
Ciekawe w książce Emmy McLaughin i Nicoli Kraus, jak i w samym zresztą filmie jest poddanie Manhattanu analizie antropologicznej, gdzie mieszkający tam ludzie określeni są jako gatunek, podzielony zresztą na wielorakie podgatunki. Śmieszna to konwencja i oryginalna, oddzielająca ten jeden film od setek jemu podobnych. Miłe jest to, że nie powstała więc kolejna, na siłę wepchnięta konwencję komedii romantycznej produkcja, ale całkiem spostrzegawczy film, z kilkoma ciekawymi dialogami. Fenomenalnie w swojej roli wypada Laura Linney i to ona aktorsko zostawia w dalekim tyle pozostałych bohaterów, nawet, wyjątkowo tutaj słabiutką Scarlett Johansson. Linney jest aktorką wielką a w ten film zawdzięcza jej wszystkie dramatyczne elementy i emocje, które - utytułowana już kobieta - potrafi wyrazić samą mimiką twarzy.
A że w gruncie rzeczy cały film jest przewidywalny? Że wiemy, jakie będą decyzje bohaterki, że od początku znamy dokładnie kolejne wydarzenia jak i sam koniec? Wybaczamy. Wybaczamy, w zamian za przepiękne zdjęcia Terry Stacy i za równie udaną scenografię i kostiumy. To taki film przyjemny dla oka, idealny wręcz na leniwe w okresie grudniowo/styczniowym dni i popołudnia. A że zapominamy o nim prawie natychmiast po wyjściu z kina? Cóż, nie on pierwszy i nie on ostatni.