25 plus VAT
G. A.
Za osiem dni moje trzydzieste urodziny. Na razie nie mam specjalnej depresji, chociaż jak słucham niektórych, wydaje mi się, że powinnam już szukać psychoanalityka. Przyjaciele i znajomi już dawno poinformowali mnie jak drastyczne, nieodwracalne i oczywiście negatywne zmiany zajdą w moim życiu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie mnie już dziewczyną. Będę musiała kupować kremy z innej, droższej półki - wiadomo 30stka to już zmarszczki na zmarszczce. Nie zadziałają na mnie już żadne diety. To ostatnia szansa na znalezienie wymarzonej pracy, chociaż kto wie, czy po 30stce będę jeszcze stanowiła potencjał zawodowy. No i wreszcie, M. będzie musiał się ze mną ożenić. W końcu nie wypada po 30stce być panienką. Na dodatek panienką z dzieckiem. Podobno według kanonów społecznych stanę się niemalże towarem drugiej kategorii.
Co to jakaś tradycja, że ludzi trzeba pognębić? Kiedy byłam w ciąży, co rusz życzliwi opowiadali mi historie o tym jak to krewnym czy znajomym królika urodziło się dziecko z ciężką wadą genetyczną czy rozwojową. Teraz co chwila znajomi uświadamiają mi, że moje życie już nigdy nie będzie tak samo szczęśliwe jak za czasów 20+. Fatum jakieś.
Fakt, były czasy, kiedy 30 stanowiło kres wszystkiego co wypada, ba niekiedy było nawet naturalną granicą życia. Jeszcze nie tak dawno kobieta po 30stce musiała być już idealnie wyszkoloną, perfekcyjną w każdym calu, bezwarunkowo ŻONĄ, na co dzień pielęgnującą ognisko domowe, dbającą o liczne dzieci i podtrzymującą więź małżeńską codziennymi dwudaniowymi obiadami i perfekcyjnie zadbanym ogródkiem. Ale od czasów Drogi do Szczęścia czy Godzin wiemy doskonale jak takie scenariusze mogą sprawdzić się w praktyce dla tych którzy chcą czegoś innego czy czegoś jeszcze. Ja cieszę się bardzo, że urodziłam się po latach 50tych :-)
A dzisiaj? Dzisiaj mogę robić wszystko co tylko mi się podoba. Po 30stce nareszcie mogę się bez bicia przyznać, że nie chce mi się chodzić na całonocne rauty do klubów a ranem wracać, śpiąca, zziębnięta i przesiąknięta wszechobecnym dymem. Teraz już oficjalnie powiem, że wolę wizytę w kinie i resztę wieczoru w domu, najlepiej jedynie w towarzystwie najbliższych znajomych. Mogę też powiedzieć, że nie znoszę Sylwestra, ze społecznym nakazem hucznej i zakrapianej alkoholem zabawy. Po 30stce mogę już też oficjalnie nie lubić zarwanych nocy. Ja kocham się wysypiać! Mogę w końcu zakładać na siebie to co się chcę, mówić to co chcę i mieć na tyle rozsądku, żeby opinie i komentarze innych mieć głęboko w nosie. To teraz można wreszcie powiedzieć nie i nie słyszeć jak to młodzież jest w tym kraju zdegenerowana. Degeneracja należy do 20stek.
Nam, 30stkom wolno wszystko. I niczego nie musimy się wstydzić. Więc jakoś mi wstyd, że jednak nie wpadam w tą depresję. Nie wpadłam w nią nawet wtedy, gdy moja 6 lat starsza siostra wypatrzyła na mojej głowie rzekomy siwy włos. Kto wie, może okaże się, że z siwizną mi do twarzy. A jak nie, to od czego są farby do włosów?