Avatar
Marta Czabała
Dwanaście lat po genialnym Titanicu Cameron znowu zachwyca i oszałamia. Porywa nas być może historią niezbyt nową, ale za to niespotykanym wcześniej opakowaniu najwspanialszych, olśniewających efektów specjalnych. Efektów przełomowych. Wydaje się, że dla tego jednego twórcy nie ma rzeczy niemożliwych.
Wszystko da się zrobić, najwyżej trzeba poczekać. Jak wieść głosi, scenariusz do Avatara James Cameron napisał już dziesięć lat temu. Uznał jednak, że tamtejsza technologia nie pozwoli mu zrealizować wszystkiego tak jak sobie zamarzył, dlatego całość schował do przysłowiowej szuflady. Aż do teraz. Produkcja jego najnowszego filmu pochłonęła 400 milionów dolarów i cztery lata z życia ekipy jak i twórców. Efekty od niedawna w kinach. Producenci nie muszą wstrzymywać oddechu. Zarobią.
Avatar to nazwa dla biologicznie wyhodowanego ciała, w które można przeszczepić świadomość ludzką z ciała innej rasy. W tym wypadku ludzkiej. Od lat ludzie rezydują na dość nieprzyjemnej klimatycznie planecie Pandora, gdzie metodycznie wydobywają z ziemi bezcenny (20 mln USD za kg) minerał, niespecjalnie przejmując się zachowaniem przy tym dorodnej fauny i flory. W dość dosadnym poważaniu mają też miejscową ludność planety Na'vi i zabiegi swoich naukowców aby za pomocą Avatarów znaleźć z nią porozumienie. Jake Sully (Sam Worthington) przybywa na Pandorę przez swoisty przypadek, dzięki identycznemu jak u zmarłego brata bliźniaka DNA ma szansę na "zasiedlenie" Avatara i nie zmarnowanie lat pracy naukowców. Jake w pracy na Pandorze widzi szansę na zarobienie na operację kręgosłupa a tym samym odzyskanie sprawności w dawno sparaliżowanych nogach. Jest lojalny wobec dowódców, także wtedy kiedy wie, iż ci chcą siłą przejąć terytorium Na'vi. Kiedy jednak spędza coraz więcej czasu w ciele Avatara, nie jest już taki pewien. Poznaję kulturę i zwyczaje miejscowego ludu, uczy się ich wierzeń, zaczyna je też podzielać. Kiedy na dodatek zakochuje się w miejscowej kobiecie Neytiri (Zoe Saldana), wie, że nie będzie mu łatwo wykonać rozkazów zwierzchników.
Technicznie ten film wprost zapiera dech w piersiach. Cameron to nie tylko wizjoner i artysta, to też doskonały fachowiec z okiem do szczegółów. Tak samo jak w słynnym już Titanicu, tutaj pilnuje każdego najmniejszego detalu, gry kolorów, ruchów postaci, ich "realizmu" i "zgrania" z tym ludzkim światem. Nie bez powodu mówi się tutaj o przekroczeniu kolejnej bariery w świecie kina, nigdy wcześniej nierzeczywiste postaci nie wyglądały równie prawdziwe. Sama Pandora oszałamia, wgniata w fotel i wciąga bez reszty - obrazem wizjonerskiej wyobraźni wielkiego artysty, to złożony i zachwycający świat, pełen niebezpieczeństw a jednocześnie czegoś ogromnie hipnotyzującego, sprawiającego, że my sami chcielibyśmy stać się jego częścią. Nie ma takich słów na opisanie tego co widać, tutaj naprawdę obraz wart jest ich co najmniej tysiąc.
Efekty zdecydowanie przewyższają samą historię, w gruncie rzeczy dość schematyczną i mało świeżą. Trudno jest nie odczytywać opowieści Camerona przez pryzmat wydarzeń politycznych. Dominacja białego człowieka, poczucie supremacji Ameryki wobec innych, mniej zaawansowanych technologicznie państw. Niejeden zobaczy pewnie metaforę akcji militarnych Amerykanów w Iraku i na Bliskim Wschodzie oraz to, co bez wątpienia jest negatywnym komentarzem reżysera wobec polityki jego kraju. Ja osobiście radziłabym jednak odstawić politykę na boczny tor i do woli rozkoszować się pełną rozmachu, wspaniałym, stworzonym dla nas jako widzów światem, pełnym tego co najwspanialsze w kinie. Właśnie dla takich filmów chodzi się do kina, dla nostalgii za światem trochę dziecięcej wyobraźni, dla oszołomienia bodźcami wcześniej niespotykanymi na kinowej sali, dla tego wszystkiego co zostanie w naszej pamięci, jeśli nie na zawsze, to bez wątpienia na bardzo długo. Cameron pokazał, że potrafi, że jest wart inwestowania w niego pieniędzy i czasu. My zaś, jako widzowie pokażemy, że na jego film możemy czekać nawet i kolejną dekadę. Nie jestem pewna jak do Avatara podejdzie Amerykańska Akademia Filmowa, raczej niechętna filmom w gatunku S-F. Ilościowo Avatar może nie powtórzyć sukcesu Titanica, techniczne Oscary ma jednak w kieszeni. Wielokrotnie zyski finansowe - bez wątpienia.
Do chwili obecnej to właśnie Titanic pozostaje najbardziej "kasowym" filmem w historii kina. Wygląda na to, że właśnie przybyła mu potężna konkurencja. W pierwszy weekend wyświetlania Avatar zarobił 232 miliony dolarów i jeszcze więcej wielbicieli. Na szczęście na następny film mistrza przyjdzie nam poczekać "zaledwie" do 2011 roku. Ja idę w ciemno.