Paranormal activity
Marta Czabała
Blair Witch Project w wersji domowej. Nie tak przerażający ale mimo wszystko dosyć straszny. Na całym świecie film bije rekordy popularności, w Polsce też bez wątpienia znajdzie swoich amatorów i wielbicieli.
Katie i Micah mieszkają w domu w którym straszy. W nocy słychać dziwne głosy, dźwięki kroków, ktoś szepcze nad uchem dziewczyny jej imię. Mimo przekonania o dość niezwykłym pochodzeniu dźwięków, oboje podchodzą do całej sprawy dosyć racjonalnie. Katie szuka egzorcysty. Micah postanawia założyć monitoring i dlatego rozstawia w domu kamery. Chce obejrzeć wszystko to co dzieje się, kiedy oni śpią. To co widzi, przechodzi najśmielsze oczekiwania obojga.
Od wieków filmowych wiadomo, że prawdziwy efekt grozy można osiągnąć bez jakichkolwiek efektów specjalnych. Wiadomo, najbardziej straszy to, co sobie wyobrażamy, nie to co widzimy. Wiedział to Hitchock, chociaż on nie miał jeszcze specjalnego dylematu czy skorzystać z komputera. Wiedział to też Oren Peli, reżyser, scenarzysta a zarazem producent Paranormal Activity. W jego filmie efekty specjalne są nie są zbyt wyszukane, jednak budzą grozę, tak mocną, że na forach internetowych widzowie skarżą się na brak możliwości zaśnięcia po projekcji. Mimo dość oszczędnych środków, niezmiernie ograniczonych plenerów oraz możliwości filmowania, ten film kreuje specyficzny klimat grozy, tak ogromny, że nie chce się patrzeć na ekran, a jednocześnie nie można oderwać od niego wzroku. To bez wątpienia głęboka zasługa scenarzysty, mało kto jest w stanie napisać coś, gdzie przy małym użyciu minimalnych środków, cały czas coś się dzieje. Peli zapędza nas w tak ogromną filmową paranoję, że na końcu nie wiadomo już czy zwykłe drzwi, lóżko czy prześcieradło nie okażą się być źródłem zła. A jeżeli te w filmie, to kto wie, może też te w naszym domu...? Strach się bać. Ale bać się tutaj trzeba.