Prawo zemsty
Marta Czabała
Całkiem nieźle skrojony, świetnie zagrany thriller, na dodatek prezentujący niegłupią, niebanalną i ciekawą historię. Nie jest to odkrycie roku ale bez wątpienia sam film zasłużył na znacznie większą kampanię promocyjną niż dostał. Bo pójść bez wątpienia jest warto.
Kiedy żona i córka Clyde'a Sheltona zostają brutalnie zamordowane, mężczyzna pragnie sprawiedliwego wyroku. Oskarżający w sprawie prokurator Nick Rice chce jednak wygrać za wszelką cenę, dlatego zawiera z jednym ze sprawców układ - jeśli ten doniesie na drugiego pójdzie siedzieć tylko na kilka lat, współsprawca dostanie zaś karę śmierci. Ignoruje protesty Sheltona i jego zapewnienia, że to tak naprawdę drugi z mężczyzn odpowiedzialny jest za morderstwa. Mija dziesięć lat. Jeden z morderców rodziny Sheltona zostaje stracony, jednak podczas egzekucji dochodzi do okrutnego wypadku. Chwilę później, w jeszcze bardziej bestialski sposób ginie drugi z odpowiedzialnych. Oczywiste podejrzenie pada na Sheltona, który w swoisty sposób przyznaje się do wszystkiego. Grozi też, że jeśli nie zostaną spełnione jego warunku, zginą kolejne osoby, które zajmowały się sprawą jego rodziny. Mimo iż, niemalże natychmiast zamknięty w więziennej izolatce, morderstwa nie ustają...
Lubię kryminały niebanalne i niejednoznaczne, na dodatek takie które zadają mądre pytania. I tak jest bez wątpienia w przypadku Prawa Zemsty. Przyjemne jest to, że nie do końca wiadomo z kim tak naprawdę powinniśmy się identyfikować. Czy z przestrzegającym prawa, obsesyjnie dążącym do sukcesów zawodowych prokuratorem? Czy może jednak z oszalałym z rozpaczy ojcem, który pada ofiarą prawnych kruczków i zostaje tym samym pozbawiony szansy na zadośćuczynienie za śmierć żony i córki? Gray stara się w tym filmie zatrzeć definicję tego co prawe, tego co słuszne, manewrując pomiędzy tym co nakazuje Temida a co ludzkie sumienie. Nie odpowiada też bezpośrednio kto ma racje. Prawo do zemsty wydaje się prawem uniwersalnym, ale czy Shelton trochę się jednak w tej zemście nie zatraca?
Kto widział, niech sam oceni. Zatracić się możemy my w doskonałej historii i rewelacyjnym aktorstwie. Walkę filmowo/aktorską duetu Foxx/Butler ogląda się z ogromną przyjemnością, bo obaj są w pierwszej lidze swojego zawodu. Foxx jest lepszy warsztatowo i bardziej charyzmatyczny ale tutaj to Butler i jego spokój znacznie bardziej przyciągają uwagę. To bez wątpienia wynik doskonale napisanej roli, w końcu to Shelton ma w tym konflikcie grać pierwsze skrzypce. A Rice ma, przynajmniej przez jakiś czas, być marionetką w jego grze zemsty.
Jednak tak naprawdę bez znaczenia jest kto jest lepszy, bo bez jednego z panów nie byłoby na ekranie sensu istnienia drugiego. Ich konflikt, ich walka o zemstę, przetrwanie i o życie jest bez reszty wciągająca. Tak bardzo, że niemalże nie zauważamy na ekranie aktorów drugoplanowych, wiecznie niedocenianego Colm'a Meaney czy też dawno już dorosłej Leslie Bibb, dość skutecznie udowadniającej, że potrafi być dorosłą aktorką. Z oczami utkwionymi bez przerwy w ekranie patrzymy na tą doskonałą, wartką i arcyciekawą filmową walkę, zastanawiając się kto będzie zwycięzcą. Kiedy rozwiązanie w końcu przychodzi być może poczujemy się lekko rozczarowani, ale całość w gruncie rzeczy powinna zrekompensować nawet i tą jedną słabszą scenę. W gruncie rzeczy to naprawdę bardzo przyzwoity thriller.