O jedno zdanie za daleko...
Aneta Robertson
Z reguły dosyć gładko znoszę posła Palikota. Jego penisy, uwagi, urąganie innym. Być może często przesadza, w większości przypadków mówi jednak to, co wszyscy mamy na myśli, brak nam jednak odwagi, żeby to wypowiedzieć. Niemniej jednak ostatnie słowa Palikota przeważyły szalę mojej sympatii. Zdecydowanie na drugą stronę.
Daleka jestem od sympatii do naszego byłego pseudo premiera. Niemniej jednak opowiadanie o jego domniemanym homoseksualizmie przekracza granice dobrego smaku. Nie po to są politycy aby zaglądać nam do łóżka i pod kołdrę. Moje dodatkowe zniesmaczenie spotęgował fakt, iż Palikot nie miał zamiaru wyplątywać się z głupoty jaką palnął. Co więcej, szedł w zaparte, tłumacząc wszem i wobec jak ważne dla europejskiej polityki jest to, czy Kaczyński jest homoseksualistą. Nawet tak profesjonalna i z reguły stonowana dziennikarka jak Monika Olejnik nie wytrzymała, nazywając Palikota w audycji na żywo chamem. Chwała jej za to, inni na pewno by chcieli ale szans nie mają.
Ale nawet nazywanie jego zachowań po imieniu nie robi na pośle wrażenia. Nie przejmuje się tym, iż większość Polaków jest zażenowana jego kolejnymi wyskokami. Robi swoje, wiedząc, że nawet w przypadku zwolnienia z funkcji i przegrania wyborów, wyląduje miękko na swoich milionach. I znowu będzie robił to samo, niezależnie od tego czy będzie posłem czy nie. Nie pozbędziemy się Palikota z mediów, będziemy musieli znosić jego kolejne oświadczenia. Jego kolejne deklaracje. Uff... Pozostaje chyba zamknąć oczy. Albo przełączyć kanał w telewizorze.