Stephenie Meyer
"Breaking dawn"
Małgorzata Doboszyńska
Przyszedł czas na koniec historii Edwarda i Belli. Ostatnia część sagi Stephenie Meyer jest jeszcze dłuższa ale też jeszcze lepsza niż poprzedniczki. Dzieje się jeszcze więcej więc czyta się to świetnie, jednym tchem i z chęcią na więcej. Kto wie, może to jednak nie koniec.
Kto czytał, wie o co chodzi. Kto nie czytał, ten na pewno powinien zacząć od części pierwszej. Na pewno warto całość przeczytać. Część czwarta swoją długością mogłaby posłużyć za serial a nie film, bo też całość ma, bagatela ponad 700 stron. Być może jak Harry Potter będzie ekranizowana w dwóch częściach.
Ale do rzeczy. Czas pozamykać wszystkie wątki. W ostatniej części sagi dowiemy się wreszcie czy Bella wyszła za Edwarda i czy sprawdziła się przepowiednia Alice, co do przeobrażenia się dziewczyny w wampira. Dowiemy się jak wszystko zniesie Jacob i czy jego losy naprawdę zostaną związane z Bellą na dłużej. Będą też nieugięci Volturi, międzykontynentalne podróże, bitwy i pojedynki. Będą też wydarzenia, których po trzech częściach pierwszych spodziewać się trudno, wciągające, ciekawe, niejednokrotnie trzymające w przyzwoitym napięciu.
Dawno skończyłam lata nastoletnie, jednak książkę Meyer czytałam jednym tchem przez dni kilka. Mimo iż niejednokrotnie wydawało mi się, że watki są na siłę wyciągnięte, a sama książka mogłaby się zakończyć po góra 400 stronach, czytałam dalej z wielką przyjemnością. Meyer jak zwykle stawia na dialogi, do maksimum obcinając, mogące znużyć młodszą publiczność opisy, akcja toczy się więc do przodu jak burza. Ciekawym, dającym czytelnikowi nową perspektywę zabiegiem, jest częściowa zmiana narratora na Jacoba. Odetchnęłam z ulgą, kiedy przez dobre 300 stron nie znalazłam ani jednego odniesienia do urody Edwarda i jego pięknego (jak zawsze) ciała, a i Jacob zdawał się być dla całej historii ciekawszym autorem. Jego spojrzenie nadało historii niemalże nowy kształt - dla mnie mógłby być narratorem na stałe.
Czytałam z przyjemnością, zakończyłam z żalem. To dobra książka przygodowa, gdzie dzieje się wiele i jeszcze troszkę. Przyznać jednak trzeba iż w całości wszystko pozostaje szalenie wprost prościutkie. Dialogi dalej są na poziomie amerykańskiej szkoły średniej, wszyscy mówią sobie obowiązkowe amerykańskie "kocham cię", zostaje spełnione (choć w wampirze wersji) marzenie o własnym białym płotku dookoła własnego domu. Wszystko zdaje się bez przerwy prowadzić do osłodzonego happy endu. Jak to w książkach dla marzących o wieczności z Edwardem nastolatek przystało. Cóż, takie wymagania rynku. Ja pieniądze wydałam i chętnie wydałabym na część kolejną.