Dzień w którym zatrzymała się Ziemia
Małgorzata Dobroszyńska
Remake filmu z lat 50tych, tym razem wyposażony w najlepsze hollywoodzkie efekty specjalnie. Wszystko to już było, nie tylko w oryginalnej wersji ale w wielu innych. Niemniej jednak ogląda się przyzwoicie, a długość sprawia, że nie zdążymy się specjalnie znudzić.
Gdyby filmoznawcę, ba nawet kinomana poprosić o wytypowanie najbardziej prawdopodobnego miejsca do wylądowania filmowych kosmitów, na pewno powiedzieliby jedno. Stany Zjednoczone. Gdyby kazać im to zawęzić, powiedzieliby pewnie Nowy Jork albo Los Angeles. Pewnie to pierwsze bo wyższe budynki ładniej wyglądałyby w kinowych wybuchach. Tak jest i tym razem. Statek kosmiczny, w postaci wielkiej, świetlistej kuli ląduje w samym sercu Central Parku, powodując mobilizację wszystkich możliwych sił zbrojnych. Grupa naukowców, wyselekcjonowanych odpowiednio pod kątem wszystkich możliwych specjalizacji, na miejscu usiłuje rozwikłać tajemnicę pierwszego kontaktu. Wśród nich jest doktor Helen Benson (Jennifer Connelly), zawodowo zajmująca się życiem z nazwy przynajmniej pozaziemskim. To właśnie ona pierwsza wejdzie w kontakt z przedstawicielem rasy obcych, niejakim Klaatu (Keanu Reeves) i to właśnie ona pomoże mu uciec przed wrogo nastawionymi przedstawicielami amerykańskiego rządu.
Aktorsko bez zarzutu. Keanu Reeves idealnie sprawdza się w roli pozbawionego emocji kosmity. To dla niego wymarzona rola, nie od dzisiaj wiadomo, iż te dramatyczne są mu raczej dalekie i obce. Zawsze przyjemnie patrzy się też na Jennifer Connely, tutaj nie wybitnej ale aktorsko co najmniej przyzwoitej. Connelly jest zresztą jedną z tych aktorek, które już dawno udowodniły swój warsztat, może więc sobie pozwolić aby od czasu do czasu przyjmować role w filmach katastroficznych. Ot, tak dla uciekania przed wybuchami. Bo też efektów specjalnych w tym filmie będzie co niemiara. Przyznaję, że bardzo dla oka przyjemnych.
Broń Boże, nie należy jednak w tym filmie szukać jakiejkolwiek głębi. To jedynie kolejny filmowy show pod tytułem "Nie niszczmy naszej planety". Wszystko jest dokładnie takie samo jak w każdym katastroficznym filmie. Mamy wszechobecne, ale mało rozgarnięte amerykańskie wojsko, prezydenta pragnącego strzelać i oczywiście tą dobrą (obowiązkowo też piękną) naukowiec, która być może przyczyni się do ocalenia ludzkości. Mamy też tutaj nieludzki wprost product placement, poprawność polityczną, no i oczywiście przesłanie, jak to powinniśmy czynić dobro i żyć ekologicznie. Wszystko może troszkę zirytować swoją nachalnością ale rozumiem, że w latach 50tych okresie politycznie i gospodarczo niespokojnym - inaczej takie przesłania odbierano. Cóż, czasy się zmieniają. Aby zobrazować jego dzisiejsze działanie mogę jedynie przytoczyć słowa osoby oglądającej ze mną film, ojca małego dziecka, który po filmie stwierdził dobitnie "choćby mnie mieli kosmici zeżreć, nie będę używać tetrowych pieluszek".