Stargate: The Ark of Truth
Marta Czabała
Przyjemna kontynuacja serialu, technicznie świetnie zrobiona, na dodatek też ciekawa i przyjemna w odbiorze. Kto oglądał serial będzie zadowolony, bo Arka zamyka wszystkie najważniejsze wątki ostatnich dwóch serii. Nie będzie z tego może arcydzieła ale cóż... filmy przyzwoite też są potrzebne.
Serial Stargate SG1 oglądałam ciurkiem przez kilka ostatnich miesięcy. Z wielką zresztą przyjemnością. Ostatnia, dziesiąta z kolei seria pozostawiła po sobie ogromny niedosyt. Niedokończone wątki przyprawiały mnie o filmowy ból głowy. No bo jak tutaj ciągnąć przez 10 lat serial, tylko po to aby pozostawić niedokończoną historię w bardzo napiętym momencie?
Na szczęście mamy jeszcze filmy pełnometrażowe. The Ark of Truth, nakręcony już po zakończeniu serialu, zamyka wszystkie wątki serii dziewiątej i dziesiątej. Dowiemy się więc, czy Ori przeżyli działanie super broni Merlina, co stało się z Adrią i jak poradzą sobie niedawni wyznawcy nieprzyjaznych istot. Będą znani z serialu bohaterowie i nowi, wcześniej niespotkani. Będzie przyjemnie. Wartko, ciekawie i dobrze technicznie.
Oczywiście, ci którzy serialu nie oglądali będą mieć trudności z odtworzeniem całej historii, mogą też mieć problemy z poszczególnymi wątkami. Robert C. Cooper, reżyser i scenarzysta filmu, nie bez powodu zakłada, że do obejrzenia Arki skłonią się przede wszystkim wielbiciele serii, swobodnie więc operuje terminami i zdarzeniami z serialu. Nie wyjaśnia, przyjmując, że większość faktów już znamy. Pisze zresztą świetnie, zachowuje też to co lubimy. Nie zabraknie patrzącego na świat naukowym entuzjazmem doktora Daniela Jacksona, rzeczowej Sam Carter, żołnierskiego pułkownika Mitchela, zawsze spokojnego Teal'ca i mojej ulubionej - wspaniale cynicznej i pełnej humoru Vali Mal Doran. Dołączenie tej ostatniej do ekipy SG1 uważam zresztą za rewelacyjny zabieg marketingowy, w pełni rekompensujący mi rezygnację z serialu Richarda Deana Andersona. To najlepiej i najciekawiej zarysowana postać ze wszystkich bohaterów SG1. Dzięki niej i jej dowcipom cały serial ponownie zyskał na jakości, pozostał śmieszny i ciekawy. To trudne do osiągnięcia, kiedy za nami już prawie dekada kręcenia.
Pełnometrażowy koniec serialu okazał się skutecznym środkiem aby przywiązać do fabuły starych i zagorzałych fanów. Po drodze jeszcze zarobić trochę pieniędzy. Obejrzałam z przyjemnością. A to nie jedyny "po serialowy" film o drużynie Gwiezdnych Wrót. Kolejny czeka już w moim odtwarzaczu płyt.