Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
Marta Czabała
To jeden z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających filmów jakie widziałam. I to nie w tym, czy zeszłym roku ale kiedykolwiek w życiu. Piękny, idealny, fenomenalnie zagrany, warty jest każdej z kilkunastu nominacji do Oskara. Takie filmy zdarzają się raz na wiele lat. Ustawiajcie się w kolejkach po bilety.
Jestem pod wrażeniem magii i potęgi tego filmu. Dzieło Davida Finchera to przede wszystkim historia przepięknej, wielkiej i bardzo tragicznej miłości. To opowieść o życiu niejakiego Benjamina Buttona, człowieka specyficznego, bo idącego w życiu od starości do niemowlęctwa. Benjamin kocha i jest kochany, jednak ze swoją Daisy mogą tak naprawdę spotkać się tylko w środku swoich dróg. I to na bardzo, bardzo krótko. Za krótko jak na miłość życia.
Dawno nie było filmu, do którego nie można by mieć ani jednego "ale". Będąc z reguły istotą krytyczną, tutaj mówię szczerze. To piękny, idealny, wspaniały i wzruszający film. Mistrzostwo gatunku w wielu dziedzinach. Po pierwsze, chociaż nie przede wszystkim w scenografii, umyślnie lekko karykaturalnej, nadającej filmowi zarys obrazkowej bajki. Efekty, na pozór sztuczne dają poczucie odrealnienia historii Benjamina, tym samym nadając jej jakby aurę tajemniczości. Zwłaszcza elementy licznych podróży w "młodych" latach bohatera zdają się być wyjątkowo ciekawie zmontowane. Nic jednak nie jest przesadzone, zachowując tym samym niezbędny dla identyfikacji z bohaterami realizm sytuacji.
Także w kwestiach aktorstwa to film przewspaniały. Cate Blanchett już dawno nie musi udowadniać swojej aktorskiej wielkości, jednak Brad Pitt kolejny raz zaskakuje. Dawno powinniśmy już chyba zrozumieć, że nie jest już tym ślicznym chłopcem z seriali a dojrzałym, utalentowanym aktorem swojego pokolenia. Szaloną przyjemnością jest patrzeć na kogoś, kto nie dość, że nie kazał się zaszufladkować, to udowodnił jeszcze wszystkim niedowiarkom, że nie trafił do Hollywood wyłącznie dzięki swojej urodzie czy też swojemu życiu towarzyskiemu, niemiłosiernie wprost rozdmuchanemu w brukowcach. Nie jestem pewna czy ta rola zaowocuje Oskarem konkurencja w tym roku jest wyjątkowo silna niemniej jednak byłby on całkowicie zasłużony. Szczerze życzę też nagrody Taraji P. Henson, rola Queenie jest być może mała, bez wątpienia zapada jednak w pamięć.
Mistrzowskie są też efekty specjalne, widoczne w postarzaniu i odmładzaniu bohaterów. Droga do młodości Benjamina i proces starzenia się Daisy czy chociażby Queenie jest niemalże wirtuozerskim popisem charakteryzacji, na tyle nienachlanej aby nie wydawała się być nieprawdziwa. Film dziejący się na przestrzeni niemalże całego wieku wymaga mistrzów fachu i dzieło Finchera bez wątpienia ich dostaje. Dawno nie widziałam tak udanej charakteryzacji, zróżnicowanej, delikatnej a jednocześnie sugestywnej.
Wreszcie, Alexandre Desplat napisał muzykę, która jak nigdy w filmie jest równorzędną ilustracją, oprawą historii, zauważalną i docenioną. Mieszanka muzyki klasycznej, jazzu, swingu i bluesa towarzyszy naszym bohaterom, niemalże samodzielnie komentując ich przygody. Świetna kombinacja gatunków sprawia, że przykładamy do muzyki uwagę, niemalże w tym samym stopniu co do losów bohaterów.
Takie filmy to wyjątek, nie tylko w Hollywood ale w ogóle w kinach. Dawno nie było w kinie obrazu równie dopracowanego w szczegółach, idealnej scenografii, wykończonej w niemalże każdej z kolei klatce. Dawno też nie zdarzyło mi się widzieć czegoś równie wzruszającego. Fincher w końcu pokazał się ze strony innej niż tylko zręcznego rzemieślnika kryminałów czy thrillerów. Jest tutaj artystą spełnionym, tworzącym dzieło na miarę tego życiowego, dzieło kompletne, dawno już nie powierzchowne. Jako reżyser przeszedł długą drogę. Ciekawy Przypadek Benjamina Buttona prowadzi w ilości tegorocznych nominacji do nagrody Oskara. Twórcy na pewno nie wyjdą z pustymi rękami, nie jestem jednak w stanie przewidzieć czy otrzymają te w najważniejszych kategoriach. Osobiście będę trzymać kciuki. Dla mnie film o Benjaminie Buttonie warty jest każdej nagrody.