Zmierzch
Marta Czabała
Naprawdę przyjemne zaskoczenie. Porządny film, nieźle zrobiony, miejscami szalenie wciągający. Zdecydowanie więcej dobrego niż złego. Książka Meyer była z tomu na tom coraz bardziej interesująca. Jestem szalenie ciekawa czy film zachowa tę tendencję.
Pierwszej części sagi Stephanie Meyer miałam za złe nadmierną rozwlekłość i stagnację. Akcja jako taka rozpoczynała się dobrze po 200 stronie, wszystko wcześniej było jedynie wprowadzeniem do rozległej opowieści. Szczęściem jest, że kilkusetstronicową książkę ciężko jest dosłownie przenieść na ekran, potrzebne są więc cięcia. Mocne, miejscami radykalne, tak aby ograniczyć treść, jednocześnie zaś nie eliminując istotnych elementów i zachowując spójność historii.
I tutaj wielki plus dla filmu. Melissa Rosenberg, scenarzystka znana z chociażby z seriali Doktor Quinn czy Ich Pięcioro, wzięła książkę Meyer i obcięła większość wydłużonych na siłę i nieciekawych fragmentów. Dlatego też film bez zbytecznych dodatków rozpoczyna historię Belli i Edwarda, ich poznania, wzajemnej fascynacji, wreszcie wyznania przez chłopaka mrocznego sekretu. Bez zbędnych opisów, przedłużeń czy dodatkowych scen, Rosenberg wraz z Catherine Hardwicke, reżyserką filmu podają nam niezły film z pogranicza horroru i akcji, taki dla nastolatków ale też mogący znaleźć uznanie starszej publiczności.
Sukces tego filmu to nie tylko sama książka Meyer ale też grająca główną rolę Kristen Steward. Zapadła mi w pamięć już w filmie Panic Room, gdzie nie była wcale gorsza od grającej główną rolę Jodie Foster. Teraz udowadnia dobitnie, że tamten występ nie był przypadkiem. Jest po prostu świetna, dramatyczna a jednocześnie komediowa i zupełnie nie nastoletnia, jej obecność w zupełności rekompensuje niedostatki aktorskie Roberta Pattisona, znacznie od niej słabszego. Aż trudno uwierzyć, że Steward nie skończyła jeszcze 20 lat.
Świetne są zdjęcia, efekty specjalne subtelne na tyle, aby nie pomstować do nieba za ich obecność. To ogromnie plastyczny film, wiernie oddający klimaty książki. Z czystym sumieniem powiem, że czytając powieść, tak właśnie wyobrażałam sobie miejsca i postaci, ich wygląd i zachowanie. No może z wyjątkiem szalenie irytującej charakteryzacji, tej mającej odróżnić wampira od człowieka. Charakteryzatorzy zdecydowanie przesadzili z pudrem, ocierając się o śmieszną granicę absurdu. Gdyby Cullenowie naprawdę byli tak biali (najstraszniej wygląda upudrowany i utleniony do granic możliwości Peter Facinelli jako Carlisle Cullen), każdy, nawet najbardziej naiwny zorientowałby się, że są wampirami. Ale cóż, nic ani nikt nie jest doskonały i nawet ten film musi mieć coś, do czego "czepialski" dziennikarz będzie mógł się przyczepić. W gruncie rzeczy, w porównaniu ze wszystkim innym zaletami, ta jedna mała okropna rzecz wydaje się i jest drobnostką.