Leki, lekarze, apteki... a gdzie pacjenci?
Aneta Robertson
Nowa lista refundowanych leków, nowe przepisy, protest lekarzy i aptekarzy zdominowały media ostatnich kilku miesięcy. Ileż to nasłuchaliśmy się o biednych lekarzach, którzy nie chcą być skazani na robotę papierkową, ileż o aptekarzach, którzy nie chcą ponosić konsekwencji za błędnie wypisane recepty, ileż o słynnej już dzisiaj pieczątce "refundacja do decyzji NFZ". Każdy chciał, aby ostateczną odpowiedzialność poniósł ktoś inny. A rząd słuchał grzecznie, kto krzyczał głośniej i uchwalał poprawki do ustawy, mający ochronić jednych, kosztem drugich. W końcu są pewne grupy zawodowe, które zadowolić po prostu trzeba. Inaczej można stracić poparcie społeczne i przegrać wybory.
Szkoda tylko, że znowu zapomniano o jednym. Banalnym, ale podobno najważniejszym. O pacjentach. O ludziach, którzy nagle dowiadują się, że leki, które kupują od zawsze są nagle trzy razy droższe. O tych, którzy w obawie przed brakiem, niejednokrotnie ratujących życie leków, ustawiali się jeszcze w grudniu przed aptekami, gdzie godzinami czekali na zrealizowanie recepty, wystawionej jeszcze w miarę nieurągających godności warunkach. O tych, którzy liczyli każdą złotówkę, a nowa ustawa sprawiła, że na rzeczy inne niż leki może zabraknąć już pieniędzy. O zwykłych ludziach, którzy borykają się z jeszcze bardziej zwykłymi, nieznanymi politykom problemami. O tych, co mają jeszcze nadzieję, że ci wybrani przez nich politycy będą jeszcze kiedyś zdolni, żeby pomyśleć o kimś i czymś więcej niż tylko o samym sobie. Podobno nadzieja umiera ostatnia. Ale czy zanim umrze znajdzie się jeszcze ktoś, kto zdąży się opamiętać?