P.S. Kocham Cię
Aneta Robertson
Miłe dla oka i bardzo miłe dla ucha, bo to nie tylko przyzwoity film ale też i wspaniała ścieżka dźwiękowa. Wzruszamy się tam gdzie trzeba, śmiejemy też w odpowiednich miejscach. Idealnie dobrani aktorzy dopełniają pracę. Może to nie dzieło ale na pewno film co najmniej dobry.
Rozpoczynamy od tragedii. Holly kocha swojego męża do szaleństwa i oboje chcą spędzić razem resztę życia. Na drodze staje im jednak guz mózgu, bo Gerry umiera w wieku 35 lat. Zrozpaczona Holly nie umie poradzić sobie ze stratą. Do czasu jednak kiedy dostaje pocztą pierwszy list Gerrego, który - wiedząc o swojej nadchodzącej śmierci - stara się złagodzić żonie przyszłą żałobę. Wyznacza jej więc kolejne zadania, które Holly ma wypełnić po jego śmierci, mając nadzieję, że kobieta w końcu dojdzie do siebie.
Ogląda się miło, mimo że przez ponad 2 godziny. Ten film to przede wszystkim piękne zdjęcia, zdjęcia Nowego Jorku i Irlandii, pięknej jak zawsze, tutaj chyba jeszcze piękniejszej dzięki zdjęciom Terry Stacey. Piękna jest też muzyka Johna Powella , miejscami bardzo irlandzka, wiernie oddająca klimat całej historii. Grane w filmie piosenki należą bodajże do najlepszych ścieżek dźwiękowych ostatnich lat.
W miarę przyzwoity jest główny duet całej opowieści. Pewnie mogłoby być lepiej. Zdumiewająco słaba - jak na swoje możliwości - jest Hillary Swank, tutaj znacznie poniżej swojego poziomu. Niknie w kontraście z Gerardem Butlerem, który dla tego filmu wydaje się być wprost stworzony. Gdyby nie on całość byłaby znacznie gorsza do strawienia. To właśnie Butler jest bez wątpienia najjaśniejszym ogniwem całej opowieści.
I tak, są w tym filmie pewne dłużyzny. Miejscami możemy ziewać. Jednak biorąc pod uwagę całość mamy tu piękną i sentymentalną opowieść, troszkę smutną, w większości jednak bardzo wesołą. Ot dla serca. I znacznie bardziej dla kobiet. To właśnie one wyjdą z kina w 100 % usatysfakcjonowane.