Jumper
Ania Nowak
Wszystko to już oczywiście było. Byli odmieńcy, wybrańcy narodów, jedyni, z unikatowymi umiejętnościami. Przeważnie wszystko oglądało się przyzwoicie, nawet przy powielanych schematach. Tak jest i teraz, bo Jumper to film przyzwoity, chociaż niespecjalnie oryginalny.
Ach, co by nie zrobić z taką umiejętnością. Nasz tytułowy bohater może bowiem teleportować się w dowolnie wybrane miejsce, bez specjalnego wysiłku wybierając kilkanaście lokalizacji dziennie. Prowadzi więc życie dostatnie, urocze i uprzyjemnione dużymi sumami, jakie wyjmuje sobie dowolnie z banków. Żyć nie umierać. Do czasu jednak kiedy on sam zda sobie sprawę, że są inni jak on, a ich tropem podąża organizacja chcąca ich śmierci, niejacy Paladyni.
Przyznam się, że nie poznałam Haydena Christensena. Bardzo niski poziom aktorski po jakim dał się poznać w Gwiezdnych Wojnach tutaj zniknął razem z okropnymi w tamtym filmie lokami. Oby na zawsze. Tutaj Christensen jest co najmniej przyzwoity a wyglądem nie straszy już małych i tych większych dzieci. Ale do rzeczy. Aktorsko film prezentuje się tak samo jak sam scenariusz. Przyzwoicie. W takich filmach nie będziemy w stanie znaleźć przecież nic oryginalnego, nic specjalnie odkrywczego i na pewno nic co będzie mogło nami wstrząsnąć. Takie filmy to jedynie gra efektów, tutaj zresztą całkiem niezłych. Jest kolorowo, szybko i ciekawie. W swojej kategorii Jumper spełnia absolutnie wszystkie warunki, jest wartki, świeży, ogląda się go całkiem nieźle a zakończenie - mimo iż absolutnie przewidywalne - jest przyjemne dla oka każdego kinomana. Pozostaje tylko zastanowić się, czy - prędzej czy później - będziemy mieli kolejną część przygód naszego skoczka. Jeśli część pierwsza się sprzedała, sprzeda się też pewnie druga. A potem kolejna. Oby tylko nie było ich kilkanaście.