Nie-dawno temu w Ameryce
Małgorzata Kobus
Wróciłam z dość dalekiej podróży; byłam w Ameryce. Tak, tak, w tej Ameryce, o której marzą miliony na całym świecie i którą i ja wreszcie zobaczyłam.
Znajomi z niecierpliwością pytali po powrocie: I jak było, jak?! Ci, co nigdy tam nie byli, chcieli wiedzieć jak tam jest, zaś ci, którzy znają już ten kraj, pytali jak mi się podobało. Trudne pytanie i za każdym razem, gdy na nie odpowiadałam widziałam zdziwienie w oczach rozmówcy. Dlaczego? Bo mam mieszane uczucia po tej podróży.
Sama nie bardzo wiem co ja sobie wyobrażałam tam zobaczyć i czego się spodziewać. Na pewno pierwsze ogromne wrażenie zrobiło na mnie lotnisko O'Hare w Chicago, które wydawało się nie mieć końca. Przemierzając po miękkich wykładzinach kolejne korytarze terminali widziałam na ścianach obrazy współczesnych artystów, piękne zdjęcia miasta oraz krótkie opisy historii miasta. Potem sprawna i świetnie zorganizowana obsługa przy punkcie imigracyjnym i pieczątka w paszporcie jako przepustka do całej Ameryki!
Potem jeszcze kilkugodzinny lot i oto znalazłam się in the middle of nowhere, czyli na pustyni, w mieście, o którym miałam się przekonać, że nigdy nie śpi. Welcome to Las Vegas! - zobaczyłam przy lotnisku. I rzeczywiście Las Vegas powitało mnie z całym swoim urokiem i czarem i tym samym uwiodło mnie zupełnie.
Piękne hotele ze wspaniałymi kasynami, w których można wygrać/przegrać fortunę, luksus, o który można się otrzeć na każdym kroku, różnorodne restauracje, w których bez względu na kuchnię, zawsze znajdzie się wyborny T-bone steak, cichy szum przejeżdżających limuzyn, szelest sukien, stukot obcasów i te niezliczone światła neonów, potęgujące wrażenie i tak niesamowitego miasta!
Ale Las Vegas to nie tylko kasyna i zabawa. To też jedne z największych centrów biznesowych, gdzie odbywają się różnego rodzaju targi i wystawy. Tam właśnie miałam okazję poznać wielu Amerykanów - businessman/businesswoman i porozmawiać z nimi. Te rozmowy z reguły mnie rozczarowywały. Gdy mówiłam skąd jestem i po raz kolejny widziałam znak zapytania w oczach rozmówcy, który nie bardzo się orientował gdzie jest Poland, to nauczyłam się mówić, że jestem z Europy, a dopiero po chwili dodawałam, że z Polski.
Zrozumiałam też zasadniczą różnicę jaka jest między nami, Europejczykami a Amerykanami. My jesteśmy praktyczni - uczymy się języków, by móc swobodnie podróżować, podróżujemy, by poznawać świat, a to poznawanie nas kształci i sprawia ogromną przyjemność. Oni zaś są wygodni - nie uczą się języków, bo i tak większość ludzi mówi po angielsku; nie podróżują po świecie, bo wystarczy im ich własny kraj, a często własny stan, a reszta świata mało ich właściwie interesuje. Może więc zamiast słowa "wygodni" powinnam użyć "aroganccy"? Jeśli nawet, to myślę, że często ta arogancja, czy też może ignorancja, wynika z niewiedzy i nieznajomości niczego innego poza tym, co otacza przeciętnego Amerykanina. I można tylko nad tym ubolewać...
Trochę inne odczucia mam po wizycie w Nowym Jorku, który był drugim i ostatnim etapem mojej podróży po Stanach. Bardzo się cieszę, że mogłam zobaczyć to miasto. Miasto, które było, jest i zawsze już będzie żywą legendą, a zarazem symbolem i kwintesencją naszych czasów.
Muszę przyznać, że po luksusach hotelu w Las Vegas, ten nowojorski, w którym przyszło mi mieszkać doprowadził mnie do łez. Czegoś innego spodziewałam się za t a k ą cenę i w t a k i m miejscu, czyli w samym sercu Manhattanu. Sam Manhattan też troszkę mnie rozczarował, bo nie był taki jaki widziałam w filmach... Był brudniejszy niż mogłam się spodziewać, przez co jakoś trudno mi było dostrzec magię tego miasta. Metro też mnie przytłoczyło (bardzo brudne, nieporównywalne do Londynu czy Berlina!), więc szybko z niego zrezygnowałam i jeździłam tylko taksówkami, które są tanie (tańsze niż w Krakowie!) i można je było złapać na każdym kroku (jest ich ok. 12 tys.).
No dobrze, przyznam się. Nowy Jork mnie onieśmielił i na pewno trochę oczarował. Jest miastem niepowtarzalnym, niezwykłym i wartym każdej spędzonej w nim/z nim chwili. Do tego dzięki poznanym tam ludziom Ewie i Robertowi, którzy od lat mieszkają w NYC - wspaniali, młodzi, życzliwi rodacy, zdolni artyści, filmowcy - mogłam również poznać zakątki Brooklynu, do których żaden przewodnik by mnie nie zaprowadził. To oni pokazali mi pełen Polaków i polskości Greenpoint, z karczmą góralską w jego sercu (gdzie serwowane są bigos i pierogi), która sąsiaduje z polskimi sklepami i barami. Czekając przy McDonald's na moich "przewodników" miałam okazję wsłuchać się w rytm tego miejsca i przyznam, że czułam się jak u siebie, w Polsce.
Mimo krótkiego pobytu zobaczyłam cały Nowy Jork. Niestety tylko z góry, bo z wysokości 85. piętra Empire State Building. Wspaniała panorama wysp, składających się na to miasto robi niesamowite wrażenie, szczególnie widok Oceanu i maleńkiej z tej odległości Statuy Wolności. I to właśnie Ją chciałam najbardziej zobaczyć. Stojący na Liberty Island posąg jest symbolem i wizytówką miasta. Z wyspy jest wspaniały widok na drapacze chmur stojące na Dolnym Manhattanie. Niestety, trudno nie zauważyć luki w tej panoramie - brakujących dwóch bliźniaczych wież...
Odwiedzając Ellis Island mogłam wyobrazić sobie co czuli ci, którzy dziesiątki lat temu przybywali do Ameryki jak do Ziemi Obiecanej. Dla nich dumna Statua Wolności oraz widok Manhattanu były spełnieniem marzeń. I jak pokazuje historia, wielu z nich ziścił się american dream.
Po tej sentymentalnej trochę wycieczce poszłam zobaczyć miejsce boleśnie naznaczone, miejsce, gdzie stały kiedyś wieże Word Trade Center. Po trwających tam obecnie robotach budowlanych trudno się domyśleć co było poprzednio. Nie ma żadnych tablic, żadnej informacji. Jest tylko plac budowy i kilku ciekawych jak ja turystów z aparatami, robiących zdjęcia przeszłości. Niby nic, a czułam wzruszenie próbując sobie wyobrazić co tu się stało i z jak ogromną siłą skoro - dosłownie - zniszczyło to symbol potężnej Ameryki. Stając twarzą w twarz z taką tragedią człowiek pokornieje. Tylko czy Amerykanie spokornieli?
Na pożegnanie poszłam na Piątą Aleję, by choć przez chwilę poczuć się jak "księżniczka z Manhattanu". Chodziłam po sklepach, wydawałam pieniądze i czułam się wspaniale. Gdy doszłam do Central Parku wiedziałam już, że kiedyś tu wrócę. Spacerując po pięknym i spokojnym parku chłonęłam to miasto, choć jednocześnie odpoczywałam od niego.
Po tej podróży naszło mnie wiele refleksyjnych myśli. Na pewno doceniłam naszą "starą, dobrą Europę" i uświadomiłam sobie jak bardzo jestem do niej przywiązana. I że lubię Kraków, Berlin, Pragę czy Londyn. Czuję się tu jak w domu i raczej w tym domu chcę zostać.