Ślubne Wojny
Małgorzata Doboszyńska
Przyznaję szczerze. Śmiałam się i to nie raz. To nie arcydzieło kinowe ale całkiem przyzwoita komedia, zdolna rozśmieszyć dorosłego widza. Niezły aktorsko, nie zawiera nawet jednego, urągającego inteligencji człowieka dowcipu. W obliczu wielu wszechobecnych w kinie pomyłek, takie filmy to czysta przyjemność.
Na Ślubne Wojny trafiłam całkiem przypadkowo. Mimo głoszonego wszem i wobec kryzysu ekonomicznego, na wybrane przez moje towarzystwo kino po prostu zabrakło biletów. Siłą rzeczy zmuszeni byliśmy do zmiany planów. Tak właśnie trafiłam na film Garego Winicka. Trafiłam i absolutnie nie żałuję.
To na pewno nie komedia wszechczasów, ale taka na co najmniej przyzwoitym/dobrym poziomie. I na dodatek śmieszy, a to - przy wszechobecnych dzisiaj kinowych szmirach prawdziwy rarytas. To trochę ironiczna opowieść o tym jak nietrwała może być kobieca przyjaźń kiedy przyjdzie do realizacji dziecięcych marzeń. Emma (Hathaway) i Liv (Hudson), to przyjaciółki, których wspólnym marzeniem był czerwcowy ślub w nowojorskim hotelu Plaza. Kiedy już jako dorosłe kobiety okazują się być szczęśliwymi narzeczonymi, w wyniku drobnego błędu okazuje się, iż mają zarezerwowany ślub na dokładnie ten sam dzień. Żadna z nich nie chce ustąpić na rzecz drugiej. Wieloletnia przyjaźń zostaje szybko zawieszona a Emma i Liv zrobią wszystko aby wesele drugiej było dalekie od dziecięcych marzeń.
Dwójka mało doświadczonych filmowo scenarzystów, June Raphael i Greg DePaul napisali opowiastkę na poziomie, często śmieszną, często prawdziwą. To troszeczkę satyra na to całe ślubne szaleństwo, pełne wielomiesięcznych przygotowań oraz sprowadzania czynności takich jak wybór koloru kopert do wyboru co najmniej między życiem a śmiercią. Patrzy się na to przyjemnie bo też aktorzy robią co mogą aby całość urealnić. Z duetu Hudson i Hathaway zwycięsko wychodzi ta druga, jest po prostu lepszą aktorką i to widać gołym okiem. Przyjemna jest, wszechobecna ostatnio w rolach drugoplanowych Candice Bergen i zawsze miła dla kinowego oka Kristen Johnston. Wszyscy grają a nie udają, że grają, mają też role pozwalające im się wykazać.
Nie oszukujmy się, to nie komedia na miarę wszechczasów. Czy jednak być musi? Jeśli od komedii będziemy oczekiwać przede wszystkim poprawienia nam humoru, ta niewątpliwie te warunki spełnia. Jest śmiesznie, porządnie i w scenariuszu i w reżyserii. A to, w natłoku naprawdę kiepskich filmów, niemałe osiągnięcie.