Obywatel Milk
Marta Czabała
To bez wątpienia jeden z najlepszych filmów zeszłego roku. Kontrowersyjny, chociaż w miarę obiektywny, nie podający na tacy rozwiązań i odpowiedzi. To też jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza rola Seana Penna, wspaniała scenografia i kostiumy. Dzięki takim filmom można wybaczyć wszechobecne w dzisiejszym kinie szmiry.
Harvey Milk jest dzisiaj uważany za jednego z pierwszych aktywistów na rzecz praw obywatelskich homoseksualistów. Jego życiorys mógłby z powodzeniem posłużyć jako materiał nie na jeden ale i na kilka filmów. Otwarcie deklarujący swoje preferencje, co w Ameryce lat 60tych i 70tych nie było łatwą decyzją, zdołał zjednoczyć środowisko homoseksualne i wygrać mandat to ratusza San Francisco. Tam wydał otwartą wojnę dyskryminacji gejów, walcząc przeciwko ograniczającym ich prawa obywatelskie ustawom. Tam też zginął z ręki kolegi polityka.
To mocny film, trochę biograficzny, trochę dokumentalny. Tych, którzy niespecjalnie śledzą historię Stanów Zjednoczonych, obraz Van Santa może szokować. To nie - lansowana na co dzień w mediach - Ameryka pełna politycznej poprawności i tolerancji. Przetykając film autentycznymi fragmentami z działań i życia Harveya Milka, Van Sant relacjonuje, nie ubarwia, nie szuka usprawiedliwień. Dodaje filmowi siły i realizmu. Nie opowiada się jednoznacznie po jednej ze stron konfliktu. Być może chłodna, nie skomentowana relacja jest tym co w tym filmie najlepsze. Ona wraz z aktorstwem.
Bo jest też w tym filmie Sean Penn. Kiedyś znany przede wszystkim jako pierwszy mąż Madonny, jest dzisiaj słusznie doceniony za zdolność do zagrania nawet najbardziej wymagającej i najbardziej złożonej roli. Penn nie pojawia się na ekranie często, kiedy jednak już akceptuje jakiś scenariusz, możemy być pewni, że będzie to wyjątkowa rola w wyjątkowym filmie. To nie jest aktor, który będzie szukał odskoczni w filmach akcji czy tych katastroficznych, dba o swój wizerunek, stając się dzięki niemu jednym z najważniejszych aktorów tego dziesięciolecia.
Milk to jednak nie tylko Sean Penn ale też świetnie dobrana obsada drugoplanowa. James Franco, znany przede wszystkim z bycia ślicznym i drugoplanowym chłopczykiem, tutaj, chyba świadomie i umiejętnie zrywa ze swoim wizerunkiem. Świetny jest Josh Brolin w roli nieumiejącego odnaleźć się w politycznym świecie Dana Whitea. Po raz kolejny zachwyciła mnie też Alison Pill, na razie jeszcze niespecjalnie znana polskiej publiczności.
Wprost fenomenalna jest scenografia i kostiumy, te ostatnie w pełni zasługujące na najwyższe nagrody. Doskonała jest muzyka. W zasadzie, w tak szczegółowo dopracowanym dziele trudno jest znaleźć coś negatywnego. Ten film warto i trzeba docenić. Bo doświadczenie pokazuje, że na kolejny, równie wysokiej klasy przyjdzie nam sporo poczekać.