Pokuta
Małgorzata Doboszyńska
Dawno już nie przeżyłam większego filmowego rozczarowania. Nominowany do Złotych Globów i Oskarów film zapowiadał się jako jedna z ciekawszych premier miesiąca. W rzeczywistości jednak okazał się irytującym, niemiłosiernie rozwleczonym i absurdalnym tworem filmowym, zrobionym dla niespecjalnie rozgarniętych uczniów gimnazjum.
A miała to być historia miłosna na miarę Przeminęło z Wiatrem. Opowiedziana z rozmachem, z pięknymi zdjęciami i doborową obsadą. Wszystko z II Wojną Światową w tle. Żyć nie umierać. Jednak już sam zarys historii obudził we mnie pewną dozę irytacji. Na pierwszym planie mamy bowiem 20letnią (około) Cecilię Tallis (Knightley), jej młodszą siostrę Briony Tallis i syna kucharki, niejakiego Robbiego (McAvoy). Młodsza z sióstr darzy kawalera dziecięcym uczuciem, starsza broni się przed narastającą i całkiem dorosłą miłością. Dodam, że odwzajemnioną. Dlatego też, kiedy Briony dowiaduje (stając się świadkiem sceny miłosnej) się o wzajemnym uczuciu Cee i Robbiego, oraz błędnie interpretuje kilka scen, postanawia oskarżyć młodzieńca o dokonanie gwałtu na obecnej w domu kuzynce, składając przed policją szerokie zeznania i oskarżenia. Efektem tego, Robbie zostaje zabrany do więzienia a rodzące się uczucie, bardzo brutalnie stłumione.
Jeśli zeznania 12latki miałyby być podstawą do skazania podejrzanych, na całym świecie nie starczyłoby miejsc w więzieniach. Absurdalnym wydaje mi się fakt, iż - nawet w latach 30tych ubiegłego wieku - zeznania dziecięce mogły się stać jedyną podstawą do skazania na wieloletnie więzienie człowieka. Na tej niedorzeczności reżyser stara się zbudować dramat na miarę co najmniej epopei filmowej, chcąc abyśmy z jego bohaterami przeżywali ich życiowe wydarzenia. A my niestety nie możemy. Nie możemy utożsamić się w żaden sposób z którymkolwiek z bohaterów a to niestety częściowo wina aktorów. Nie byłam w stanie polubić nikogo, tym bardziej poczuć jakiejkolwiek wspólnej tożsamości. Całkiem na co dzień przyzwoita Knightley jest tutaj dla mnie nieznośna, manierycznie przerysowana i aktorsko słabiutka. McAvoy, ciekawy aktorsko wywołuje we mnie jedynie skrajną irytację, w połowie będącą wynikiem zarysu jego postaci. Najciekawsza z tego wszystkiego jest - najmniej doświadczona - Romola Garai w roli dorosłej już Briony.
Reżyserowi zamarzyła się głębia, postanowił ją więc osiągnąć - wyrafinowanymi w swoim mniemaniu - środkami ekspresji. Postawił na symbolikę, bodajże najbardziej w tym filmie rzecz irytującą. Co chwila mamy więc zbliżenia na zasępione twarze bohaterów, niemiłosiernie wydłużone ujęcia ich min i części ciała. Jakby tego było mało dodatkowo kamera zatrzymuje się na wojennych ranach, głębokich dziurach w głowach, nogach i brzuchach, dogłębnie poszerzając naszą wiedzę na temat ludzkiej anatomii. Wszystko to okraszone jest bodajże najbardziej absurdalnymi dialogami jakie w filmie udało mi się słyszeć w ciągu ostatnich kilku lat. Cytować nie będę. Szkoda pamięci komputera.
Wszystko to przeszłoby obojętnie, gdyby film był tylko banalnym i masowym wytworem Hollywood, jednym z wielu jakie przychodzą na nasze ekrany. Jednak po produkcjach francusko - brytyjskich mogę oczekiwać więcej. Tej niemiłosiernie długiej produkcji filmowej (130 minut) nie pomoże już nic. Ani przyzwoita muzyka, całkiem ładne zdjęcia czy też ostatnia - dla niektórych niespodziewana i szokująca - scena finałowa. Z kina wychodzimy znudzeni.