John Rambo
Marcin Hęclik
Wszyscy pamiętają pierwsze 3 części losów tytułowego bohatera Johna Rambo. Dla wielu, w tym także dla mnie, w czasach młodzieńczych był to film niemalże kultowy. Stąd też z pewnym dreszczykiem emocji czekałem na ukazanie się kolejnej części.
Ciekaw byłem nie tylko gdzie będzie toczyć się akcja, ale także jak spisze się w tej roli (a również po drugiej stronie kamery jako reżyser) Sylvester Stallone. Jakby nie patrzeć pierwszą młodość ma on już za sobą (62 lata, trzyma się nieźle, ale dodatkowe lata widać było już w chociażby Rocky Balboa) a Rambo to przecież wypisz wymaluj kino akcji.
Poczułem wahanie tuż zaraz po obejrzeniu zwiastuna tegoż "dzieła". Na pewno nie można było odmówić mu dynamiki, ale wydawał mi się chyba ciut zbyt krwisty. Ale mimo to film chciałem obejrzeć. W końcu Rambo nie słynie ze swej subtelności w działaniu czy też zdolności negocjacyjnych (stąd czerwień nie dziwi), ale myślałem, że jakąś fabułę co ma ręce i nogi da się do tego dopracować (jak w poprzednich częściach).
W sumie film zaczyna się podobnie jak wcześniejsze. I tak oto bohatera odnajdujemy zaszytego, gdzieś w okolicach Bangkoku, z dala od cywilizacji wielkich zachodnich miast. Po prostu taki jego cichy zakątek. Jednak i w tym miejscu zostaje znaleziony i poproszony o pomoc w dostarczeniu grupy misjonarzy na tereny objętej wojną domową Birmy. Zadanie niechętnie i po długich namowach (kobiety!) wykonuje i już w jego trakcie mamy przedsmak tego co będzie się działo dalej. Temat "strefa wojny, rzeka, bezlitośni i dzicy piraci stający na drodze głównemu bohaterowi" i co się z nimi dzieje to już znamy z innych filmów. Koniec końców pozbawieni "opieki" misjonarze zostają pojmani i Rambo musi po nich wrócić (chyba pierwszy w serii zarys wątku miłosnego Johna R.!). I tu ziszczają się moje obawy ze zwiastuna. Dalej jest już tylko bezmyślna i bardzo, bardzo, bardzo krwawa jatka (niech wcześniejsze perypetie w Stanach Zjednoczonych, Wietnamie czy Afganistanie pokłonią się z szacunkiem), do której reżyser/bohater próbuje dopisać jakąś głębszą myśl. A mianowicie "Żyj po nic, albo umrzyj za coś" (zupełnie jak z wyciskacza łez) co w praktyce dowodzi, że jedynym sensem Rambo jest brutalne, nie przebierające w środkach mordowanie w ilościach hurtowych oraz seriami wszelkich niegodziwców tego świata.
Na koniec byłem szczęśliwy, że na 91 minut filmu ostatnie 15 to... napisy (!), bo nie wiem co jeszcze mógłby nam Stallone pokazać. Wtedy właśnie zrozumiałem, że "konkursy" mailowe organizowane przez dystrybutora z pytaniami w stylu "ilu ludzi zabije Rambo w koszuli albo bez niej / czas od początku filmu do pierwszego trupa / ile trupów w całym filmie" to, o zgrozo, nie był żart (!). Niestety, bo co prawda jakiejś głębokiej treści się nikt po tym filmie nie spodziewał, ale czegoś takiego na pewno też nie. Generalnie film powinien być dozwolony od lat 18 i to dla ludzi z problemami emocjonalnymi lub wielbicieli serii tj. "Piła", bo dla innych się nie nadaje (a już na pewno nie po posiłku). Aż strach pomyśleć, że chodzą pogłoski po świecie filmowym, że Stallone przymierza się do nakręcenia V części. Oby to pozostały tylko plotki... Oby...