Powrót do Harlequina
Małgorzata Doboszyńska
Do niektórych rzeczy po prostu trzeba wracać, chociaż po to aby przekonać się jak mało w dzieciństwie mieliśmy rozumu. Harlequin to niemalże gwarancja sukcesu, bo prostymi historyjkami z nieodzownym happy endem zaczytują się miliony. Przeważnie kobiet i przeważnie w bardzo młodym wieku. Przeważnie też bez specjalnego sensu.
Taki powrót do przeszłości. Po niemalże 15 latach w moich rękach powtórnie zagościł Harlequin. Powodowana czystą ciekawością zainwestowałam 7,50 aby w moich rękach zagościło to, co w latach nastoletnich sprawiało mi tak ogromną przyjemność. Któraż to nastolatka nie marzy o tym aby zwrócił na nią uwagę ten najprzystojniejszy, ten jedyny a wszystko kończyło się idealnym wprost happy endem? Kto nie chciałby żyć w świecie gdzie - niemalże jak w nieśmiertelnej Modzie na Sukces - wszyscy są piękni, bogaci a problemy zawsze mają rozwiązanie?
130 stron przeczytałam niemalże w całości podczas jednego spaceru. Przeczytałam i uśmiałam się do przysłowiowych łez. Utwierdziłam się też, że w pewnym wieku, opowieści o miłości idealnej nie są już w stanie na człowieka działać tak jak Harlequin działać powinien. Bo chyba jednak nie powinien tak bardzo rozśmieszać.
Opowieść jaka przypadła mi w udziale dotyczyła pielęgniarki, która pracuje na oddziale ratunkowym aby niejako spłacić dług za błąd jaki popełniła wiele lat wcześniej. Będąc nastolatką spowodowała wypadek samochodowy w wyniku którego zginęła jej przyjaciółka, ona sama zaś została ciężko ranna. Teraz ratuje tych, którzy popełniają ten sam błąd co ona kiedyś. Na tym samym oddziale pracuje też szalenie przystojny medyk z bagażem swoich własnych doświadczeń. Jest obiektem westchnień wszystkich dookoła ale on sam, swoją uwagę zwraca właśnie na naszą pokiereszowaną życiowo i bliznowo pielęgniarkę.
130 stron zajmuje mu to aby "zburzyć mur, jaki wokół siebie zbudowała". Chwała Bogu, bo więcej tej opowieści znieść się nie da. Zastanawiam się głęboko jak dochodowym źródłem jest pisanie takich książek. Wątpię, że bardzo. Każda z takich historii zdaje się bowiem powielać ten sam schemat, różnią się jedynie imiona bohaterów i miejsce akcji. Każda kolejna ozdobiona jest prawdziwie idiotycznymi tekstami rodem z najstraszniejszych i najbardziej gniotowatych romansów. Harlequiny to taka uboższa treścią wersja Daniele Steele, przeznaczona wyłącznie dla bardzo młodych (w przeważającej wersji żeńskich) odbiorców, ewentualnie dla tych, którzy przekonani są, że ich wizja wspaniałej miłości nigdy nie została spełniona. Można to przeczytać, zdecydowanie jednak lepiej wybrać coś innego. Ja po 15 latach przeczytałam kolejnego Harlequina. I na pewno upłynie jeszcze co najmniej 15, zanim sięgnę po kolejnego.