Hymn o książkach
Małgorzata Kobus
W całym moim mieszkaniu królują książki. Są wszędzie, wypełniając szczelnie i tak zapchany regał, dwie, dość rachityczne półki oraz skromną szafkę. Można by czasami rzec, że te zbiory mnie przytłaczają, ale o dziwo ich obecność bardzo mnie uspakaja i odpręża. Może dlatego, że sięgając po którąś, przenoszę się do innego świata. Czuję się wtedy trochę jak Alicja w Krainie Czarów, tylko bardziej radośnie i bez obawy, że coś może mi się przytrafić. Bo przecież zawsze mogę daną książkę zamienić na inną, odłożyć na chwilę lub dłużej, by potem znów do niej wrócić i z jeszcze większą przyjemnością ją smakować.
Książki są niemal tym samym, co filmy, które oglądam namiętnie - przenoszą mnie w inny wymiar, pokazują świat dotąd nie odkryty, sprawiają wiele radości. Czytając zapominam o otaczającej mnie rzeczywistości. Całą sobą chłonę każdy detal, kreślę w głowie własny obraz poszczególnych scen, wyobrażam sobie dane postaci.
Książki potrafią zaskoczyć mnie swoją różnorodnością, wszechstronnością tematów, oryginalnością. Ich czytanie mnie bawi, odpręża, ale również nie raz powoduje przygnębienie i smutek. Są takie, które swoje wrażenie pozostawiają na długo jeszcze po ich przeczytaniu; nie pozwalają tak po prostu o sobie zapomnieć.
Jako dziecko bardzo lubiłam czytać. Przykład brałam z mojej Siostry, która była klasycznym "molem książkowym" i całe dnie - w szkole, w domu - spędzała z książką w ręku. To ona z pewnością zaraziła mnie tym czytaniem, czego oczywiście nie mam jej za złe, bo wyszło mi to tylko na dobre. Byłam najlepsza z polskiego, czytałam wszystkie, nawet te nieobowiązkowe lektury, a każda wizyta w bibliotece była wielką frajdą. Obecnie potrafię wydać ostatni grosz, by tylko kupić coś z klasyki lub jakąś nowość wydawniczą.
Tak, jestem zakochana w książkach i nie wyobrażam sobie egzystowania bez nich. Codziennie czytam przed snem, a wymarzona dla mnie sceneria to ja, dobra książka i słoneczna plaża. Na szczęście to mnie czeka już wkrótce, więc robię "książkowe zapasy" na wyjazd - potrafię przeczytać pięć książek w tydzień. Myślę, że z czasem ta słoneczna sceneria zmieni się na przytulną bibliotekę z ogniem w kominku.
Nie raz powtarzałam, że gdybym miała więcej czasu i/lub spokoju w sobie, to bym całymi dniami czytała. Niestety, tej wewnętrznej harmonii brakuje mi najbardziej. Gdy jestem niespokojna, rozdrażniona to trudno mi się skupić nad tekstem, "wejść" w niego. Choć bywa i tak, że właśnie do książek uciekam w trudnych chwilach, najczęściej do takich odpowiadających mojemu nastrojowi.
Marzy mi się wielka biblioteka, pełna starych woluminów. Lub nawet nie starych, ale na pewno z dziełami wielkich autorów klasycznych. Chętnie udałabym się w literacką podróż w towarzystwie Joyce'a, Remarque'a, Nabokova, Flauberta. Pokontemplowałabym nad twórczością Goethego, Fitzgeralda, Tołstoja, pośmiała/popłakała z Szymborską, Mannem czy zadziwiła nad wszechstronnością Coelho i Garcíi Márqueza. Oczywiście miałabym też regał z książkami młodych pisarzy, a wśród nich na pewno znalazłaby się Zadie Smith ze swoim otwartym spojrzeniem na świat czy kryminały Marka Krajewskiego.
Póki co pozwalam sobie jedynie na krótkie spotkania z klasykami i przelotne flirty z ich niezwykłą twórczością. I musi mnie to zadowolić, choć łudzę się, ze na starość nadrobię stracony czas i dokończę rozpoczęty romans.
Książki - okręty myśli żeglujące po oceanach czasu i troskliwie niosące swój drogocenny ładunek z pokolenia na pokolenie (Francis Bacon)