Marley i Ja
Małgorzata Doboszyńska
To nie jest film do kina. Strasznie rozciągnięta opowieść nie jest ani specjalnie śmieszna, ani rewelacyjnie zagrana, nie daje też poczucia, że obejrzeliśmy coś wartościowego. Jednym słowem - nie wnosi nic w doświadczenia kinomana. Nie ma sensu tego oglądać, a jeśli już - lepiej poczekać na premierę filmu na DVD.
Oglądając film Davida Frankela trudno jest pozbyć się wrażenia, że jest to kino, którego miejsce jest gdzieś w telewizyjnej ramówce, w niedzielne popołudnie, najlepiej około godziny 14. To jedna z tych opowieści, których odbiorcą powinien być niewymagający widz, na co dzień nie przepadający za kinem, chodzący raczej w ramach obowiązków wspólnej rodzinnej rozrywki. Ten z zamiłowania kinoman lepiej niech pójdzie na coś innego - Marley i Ja grozi poważnym rozczarowaniem.
Przede wszystkim z powodu braku fabuły. Obejrzałam i przyznaję - nie mam pojęcia o czym tak naprawdę jest ten film i jaki wynika z niego morał. A przecież z takich rodzinnych filmów morał wynikać musi. Tutaj jest jedynie prościutka opowiastka. Oglądając Marley i Ja jesteśmy świadkami poważnej części życia i małżeństwa Johna i Jenny, którzy jak wielu im podobnych układają sobie życie. Nie są nikim specjalnym, ot kolejnymi podatnikami, którzy marzą o rodzinie, domu i tym amerykańskim białym płotku. W ramach swoistego substytutu dziecka, nie gotowy jeszcze na potomstwo John kupuje swojej żonie na urodziny małego labradora. Uroczy Marley okazuje się być wyjątkowo niesforny, jednak jego właściciele kochają go całym sercem. Przez wiele lat to właśnie on będzie im towarzyszył w najważniejszych wydarzeniach, i to właśnie on stanie się najważniejszym członkiem rodziny. I najukochańszym.
Ale morału nie ma. Słowo honoru. Chyba, że za morał uznać rzucaną nam co chwila deklarację jak to ważna jest rodzina i jak - w obliczu posiadania współmałżonka i dzieci - blednie i olśniewająca kariera i spełnienie zawodowe. To też opowiastka o tym jak ciężkie ale jak wynagradzające może być posiadanie psa, nawet tego najbardziej zwariowanego. Sceny z labradorem są oczywiście śliczne i niejednokrotnie powodują uśmiech. Jestem pewna, że niejeden posiadacz czworonoga odnajdzie w filmie znajome sceny ale nawet te najlepsze nie są w stanie tego filmu uratować.
Gatunkowo to coś pomiędzy dramatem, filmem obyczajowym i komedią - całość byłaby znacznie lepsza gdyby reżyser zdecydował się zostać przy jednym gatunku. Aż trudno uwierzyć, że film wyreżyserował człowiek odpowiedzialny za taką perełkę jak Diabeł ubiera się u Prady. Tutaj jako reżyser zawodzi, tak samo zresztą jak aktorzy. Owen Wilson, niemiłosiernie wprost zaszufladkowany w komediach, tutaj jest dokładnie taki sam jak w poprzednich swoich 20 filmach. Gołym okiem widać też, że Jennifer Aniston też nie jest aktorką wybitną. Nie mogę wyjść ze zdumienia, że są jeszcze tacy, którzy porównują jej zdolności z tymi Angeliny Jolie. Nie ta klasa, nie ten świat.
Cały film uratowałoby może skrócenie go o 40 minut, tak jednak - mniej więcej po godzinie - jesteśmy znudzeni przeplataniem tych samych gagów z tandetnymi i oklepanymi morałami. Szkoda jest na ten film tracić pieniędzy. Jeśli poczekamy te kilka miesięcy na premierę DVD, absolutnie nic się nie stanie.