30 dni mroku
Marta Czabała
Miły pomysł na horror chociaż w budżecie zabrakło pieniędzy na dopracowanie scenariusza. Można to obejrzeć, jeśli jest się wielbicielem gatunku. Ci którzy kochają horrory, na pewno są w stanie wiele filmowi wybaczyć. Nawet bardzo kiepski scenariusz. A tutaj jeszcze dostaną - ślicznego aż do bólu - Josha Hartnetta.
Film Davida Slade'a obejrzałam dobrze ponad rok temu, w doborowym gronie wielbicieli horrorów. 30 dni mroku już dawno odeszłoby w zapomnienie, gdyby nie fakt, iż - ku mojemu wielkiemu zdumieniu - Kino Świat zdecydowało się wprowadzić film do kin. Jako premierę. Zaledwie dwa lata po premierze na całym świecie. Poczułam się trochę jak za starych czasów, kiedy w dobie komunizmu filmy wchodziły do nas po dobrych kilku latach.
Ale cóż, najwyraźniej tak być musiało. Do filmu powróciłam. Jego fabuła toczy się w małym miasteczku na Alasce, gdzie przez 30 dni w roku panuje całkowita ciemność. Większość mieszkańców opuszcza swoje miejsce zamieszkania, tak aby w bardziej optymistycznym miejscu przeczekać miesięczną ciemność. Zostają nieliczni, między innymi dzielny i doświadczony życiowo (a jakże), prawie rozwiedziony lecz kochający żonę Eben. To właśnie on stanie się przywódcą grupy ocalałych, kiedy miasteczko zaatakują - korzystające z braku słońca - złowrogie wampiry.
Pomysł niemalże niekończącej się nocy jest całkiem niezły, szkoda tylko, że tutaj mało wykorzystany. Zawiódł na całej linii - dla mnie w filmie najważniejszy - scenariusz. Wszystko sprowadza się do, całkiem w sumie bezsensownego chodzenia wampirów, niechlujnie przeszukujących kolejne budynki, na strychach których ukrywają się nasi bohaterowie. Złowieszcze stwory nie używają znajomego nam języka a jedynie coś pomiędzy charkotem a warczeniem - kto więc oczekuje, że w ich poczynaniach doczeka się ukrytego sensu będzie zawiedziony. Ba, nawet ich nie zrozumie. Niestety, dużo do powiedzenia nie mają też "normalni" bohaterowie, większość dialogów sprowadza się do oklepanych w wielu już filmach frazesów, tekstach o miłości, poświęceniu i bezwarunkowo heroicznej walce w obronie ludzkiego życia.
Film ratuje tak naprawdę jedynie scenografia - obraz opuszczonego przez ludzi i słońce miasteczka jest piorunujący, tak samo zresztą jak charakteryzacja wampirów. Nic dziwnego, za magią scenografii stoją ci sami specjaliści co za Władcą Pierścieni, X - Menów czy Resident Evil. Profesjonalizm niemalże bije po oczach. Jeśli oglądać ten film to przede wszystkim dla pięknych widoków, gry światła i pełnej grozy... ciemności.
Reszta niestety pozostaje tylko dodatkiem, niespecjalnie udanym, nie angażującym widza w akcję. Jakoś nie szkoda tych ofiar, nawet tych najbardziej sympatycznych. Czym mniej ich przy życiu, tym bliżej jest do końca. A ten witamy z takim samym zadowoleniem pozostali przy życiu bohaterowie witają słońce. Dla nich po miesiącu, dla nas po 2 godzinach.