Gran Torino
Marta Czabała
Film świetny, mądry, rewelacyjnie zagrany. Ciekawy i wciągający. Gdyby nie lekko spłaszczone, trochę banalne i nierealne zakończenie można by go uznać za film wybitny. Tak można jednak podziwiać Eastwooda, za jego wszechstronność i zdolność do robienia pamiętnych, wielkich filmów.
O tym, że Clint Eastwood jest wszechstronny mówić nie trzeba. Aktor od dziesięcioleci, utalentowany i doceniony na świecie reżyser, teraz jeszcze kompozytor i wykonawca muzyki. Filmy reżyserowane przez Eastwooda już od dobrych kilku lat są niemalże równoznaczne z wysoką jakością. Niejednokrotnie trudne w odbiorze, niosą za sobą jednak przesłanie, wpajają mądrości, analizują. Eastwood reżyser nie pozostaje bierny na amerykańskie problemy, relacjonuje, czasami ocenia. Nie robi filmów wyłącznie dla zysków. Myśli.
Bierny nie pozostaje też w swoim najnowszym filmie, ważnym z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze, Gran Torino ma być ostatnim dziełem, gdzie Eastwood pokaże się na ekranie. Niespełna 80letni aktor już od dawna zapowiadał, że przestanie grać, tym razem jednak wyznaczył definitywną granicę. Po drugie, bo film podejmuje bolesne treści nie tylko dla nielicznych ale dla całej niemalże Ameryki - problemy rasizmu, uprzedzeń rasowych, okrucieństwa i smutnego bagażu doświadczeń, bagażu jakie inwazje zbrojne Ameryki zapewniły niejednemu dzisiejszemu weteranowi.
Bohater Gran Torino Walt Kowalsky jest zgorzkniałym starszym człowiekiem, z którego wojna w Korei uczyniła pełnego rasistowskich uprzedzeń mężczyznę. Walt mówi to co myśli, nie szczędzi nikomu złych słów, wszystko nazywa brutalnie po imieniu. Ma gdzieś amerykańską poprawność polityczną. Niechętnie patrzy na to, że do jego domu wprowadza się rodzina Azjatów, niemalże natychmiast wchodzi też w konflikt z nowymi sąsiadami. Kiedy jednak na jednego z nich Thao niemalże napada gang, Walt staje w obronie chłopaka. Tym właśnie gestem zaskarbi sobie wdzięczność całej chińskiej rodziny i rozpocznie drogę, która będzie też jego drogą przyjaźni i do poradzenia sobie z koszmarami przeszłości.
Z mieszanymi uczuciami patrzyłam na reakcję publiczności, dla mnie miejscami zupełnie niezrozumiałą. Kiedy Walt wyzywał Azjatów od żółtków, rzucał w ich stronę epitety godne niejednego menela, obecni na sali widzowie wybuchali śmiechem. Było mi smutno, bo sama ta scena smutkiem niemalże epatowała, pokazując rozgoryczonego życiem człowieka, którego traumy przeszłości uczyniły niemalże niemożliwym w kontakcie. Nie sądzę, że o komediowy aspekt Eastwoodowi chodziło. Gran Torino jest dla mnie niezmiernie wartościową opowieścią o tym jak - mimo głębokiego urazu - zginąć mogą nawet najgorsze uprzedzenia. To piękna opowieść o przyjaźni mimo podziałów, o odwadze i o wielkim poświęceniu a także o konfrontacji z tym, co dawno miało zostać pogrzebane. Eastwood wie, że jego film jest filmem dobrym, dlatego też po raz kolejny staje na wysokości aktorskiego zadania. Jego Walt urzeczywistnia całą historię, dodaje jej jakości, klasy. Mimo zaawansowanego wieku Eastwood dalej jest w stanie wykrzesać z siebie tężyznę która zawstydziłaby niejednego "młokosa". Warto patrzeć i podziwiać. Świetna jest też obsada azjatycka. Zwłaszcza główna para, Bee Vang i Ahney Har - w parze z Eastwoodem nadają temu filmowi, wielokrotnie wzruszającego realizmu.
Wzruszającemu na tyle, żeby wyjść z kina mocno poruszonym. Eastwood robi kino z rozmachem nawet jeśli jego budżet daleki jest od wielomilionowych produkcji. Całość zamknięta na kilku dosłownie planach, robi wrażenie dzięki aktorstwu, scenariuszowi i reżyserii. Szkoda tylko, że zakończenie zostało tak banalnie spłaszczone a cała sprawa tak nierealnie zamknięta. Gdyby rzecz działa się w realnym świecie, zakończenie konfliktu nigdy do końca by go nie zamknęło. Mam za złe Eastwoodowi, że rozważył innego, bardziej realistycznego w stosunku do życia zakończenia. Szkoda. To mógł być film pamiętny. Tak jedynie pozostaje wybitny, jednak nierówny i miejscami zbyt spłycony.