Kochaj i Tańcz
Marta Czabała
Nie jest tak źle jak być mogło. Mogło być nudno i durno, tak jest przeciętnie, powtarzalnie ale muzycznie często bardzo przyjemnie. Widzowie nastoletni będą pewnie zachwyceni, ci starsi pewnie też przeżyją. Patrzy się na to bez odrazy a niejednokrotnie nawet przytupuje do rytmu. Świetna ścieżka dźwiękowa.
Durny jest za to tytuł. Niejednokrotnie jednak mieliśmy gorsze koszmary, może więc warto tutaj spuścić na to zasłonę milczenia. O filmie Parramore'a brukowce i tabloidy pisały już dawno. Najpierw o Kasi Cichopek, która - chyba w wyniku układu spiskowego - straciła główną rolę na rzecz naszej hollywoodzkiej "gwiazdy" Izy Miko, ta zaś napędziła popularności filmowi swoim - nagłaśnianym i już byłym - związkiem z Maćkiem Zakościelnym. Potem, kiedy to cała Polska wpadła w zachwyt nad kolejnymi tanecznymi programami, Kochaj i Tańcz stało się najbardziej oczekiwaną premierą roku. Dystrybutor opatrzył wszystko sloganem "pierwszy polski film taneczny" i oto hit był gotowy.
Hit frekwencyjny będzie na pewno. Na sali, gdzie siedziałam próżno było szukać wolnych miejsc. W przeważającej większości wypełniały ją nastoletnie dziewczyny, niewątpliwie marzące o powieleniu historii miłości głównych bohaterów. A historyjka jest raczej banalniutka. Ona (Miko) to raczej sztywna i nieokazująca emocji aspirująca dziennikarka. On (Damięcki) to tancerz samouk a na co dzień budowlaniec, którego jedynym marzeniem jest zaistnienie w zawodowym tańcu. Ona dostaje zlecenie napisania relacji z warsztatów tanecznych prowadzonych przez słynnego tancerza i choreografa Jana Kettlera, on chce na tych warsztatach zaistnieć. Ona wkrótce dowiaduje się, że Kettler to jej, od lat niewidziany ojciec, on zrozumie, że w życiu oprócz tańca ważne są jeszcze też inne rzeczy.
Obejrzałam. Mimo mojej, chyba wrodzonej już niechęci do polskich filmów, przyznać trzeba, że ten odrazy nie wywołuje a mojego urazu nie pogłębia. Na pewno jednak nie zapadnie głęboko w pamięć. Aktorsko najsłabiej wypada w wydaniu głównych aktorów. Mateusz Damięcki dumnie pręży muskuły i chętnie fika w powietrzu koziołki, kiedy jednak przychodzi do zagrania choć trochę dramatyzmu, tutaj zawodzi go warsztat. Iza Miko, na co dzień nagłaśniana jako ta, której w Hollywood się powiodło, wydaje się mieć do dyspozycji jedynie kilka dyżurnych min, które zmienia w zależności od sytuacji. No dobrze, może i jest urokliwa, może nawet i bardzo ładna, ja osobiście jednak wielkiego talentu, ba nawet i małego u niej nie widzę. Dobrze jej jednak życzę, bo wszem i wobec wiadomo, że karierę w Hollywood robią nie tylko utalentowani.
Ciekawiej robi się jednak, jeśli Kochaj i Tańcz rozpatrzymy pod kątem obsady drugoplanowej. Z Ameryki wrócił do nas - tym razem prawdziwie hollywoodzki - Jacek Koman. Koman, na co dzień występujący z powodzeniem za oceanem w największych hollywoodzkich filmach, tutaj bez problemu unosi pierwszoplanową rolę. Jest taki jaka ma być jego postać, manieryczny, egoistyczny, w gruncie rzeczy jednak porządny i uczuciowy. Przyjemnie się patrzy na dobry warsztat, gdzie aktor bez problemu wykonuje to, czego wymaga od niego scenariusz.
Świetna, kto wie czy w tym filmie nie najlepsza jest też Katarzyna Herman w roli asystentki mistrza, fenomenalny jest też Wojciech Mecwaldowski, jako narzeczony Hani. Wraz z Komanem, ta trójka to właśnie argument, żeby ten film obejrzeć. Kto wie czy nie jedyny.
Ponieważ poza nimi nie ma tutaj nic specjalnie wartościowego. Porównywanie całości do Step Up wypada zdecydowanie na niekorzyść naszej rodzimej produkcji. Tam części taneczne potrafiły dosłownie wgnieść w siedzenie. Dopracowane sekwencje, idealnie wykonane układy porażały nawet tych na co dzień niespecjalnie zainteresowanych tańcem.
U nas jest zdecydowanie gorzej. W wersji polskiej mamy jedynie kawałki układów, do tego niejednokrotnie z dodatkiem ostrej lampy stroboskopowej. Widać mało, być może dla zamaskowania nieumiejętności "nietańczących" aktorów, być może aby ukryć niespecjalną choreografię. Być może należy też winić reżysera. Parramore, na co dzień podobno kręcący teledyski, film pełnometrażowy tnie na telewizyjne klatki. Ledwie zdążymy na jakimś tańcu skupić wzrok, już mamy co innego. Straszna i bardzo irytująca sieczka.
Obejrzeć to można, jednak koniecznie trzeba szybko zapomnieć. Zapomnieć fatalny scenariusz, kiepską reżyserię i nieciekawe wykonanie. Można kupić ścieżkę dźwiękową. Ta rzeczywiście jest na poziomie. I koniec końcem, powinna być jedyną rzeczą jaka po Kochaj i Tańcz zostanie w naszej pamięci.
P.S. Podobno już chodzą plotki o kolejnej części...