W.
Marta Czabała
Pożegnanie Olivera Stone'a z prezydentem Bushem. To zdecydowanie gorszy film niż można by się spodziewać po takim reżyserze. Trochę zbyt statyczny, zbyt jednolity, nie zaskakujący widza. Gdyby nie Josh Brolin zdecydowanie nie byłoby czego oglądać.
Oliver Stone znęca się nad Bushem - tak w zasadzie można podsumować najnowszy film fenomenalnego reżysera. Stone już dawno zapowiadał ten pół biograficzny, pół opiniotwórczy film, premierę planując dokładnie na ostatnie dni prezydentury Busha. Udało się. Film wszedł na amerykańskie ekrany pod koniec zeszłego roku. Teraz i my możemy przyjrzeć mu się na spokojnie.
Ci co na premierę ostrzyli sobie zęby, mogą poczuć się zawiedzeni. To mógł być lepszy film. I w żadnym wypadku nie jest to zimna, bezuczuciowa relacja. Stone absolutnie nie jest obiektywny. Ba, nawet nie próbuje zachować tego obiektywizmu jakichkolwiek pozorów. Już na samym początku jasno stawia sprawę. Wyszydza. Ironizuje. Śmieje się z poczucia nieomylności i mani wielkości Busha. Jasno deklaruje swoje poglądy polityczne.
Opowieść Stone'a to przeplatana chronologicznie opowieść o życiu byłego już prezydenta. Poznajemy go jednocześnie jako chętnego do rozrywek studenta jak i wybranego już prezydenta, który zdaje się bez końca napawać swoją ogromną władzą. Stone powoli odsłania kolejne elementy życia Busha, jego błędy młodości, kolejne decyzje zawodowe, chęć zaimponowania ojcu, wybór na prezydenta na dwie kolejne kadencje. Wreszcie, pokazuje też jego decyzje dotyczące wojny w Afganistanie i Iraku oraz chęć przekonania reszty świata o swojej racji.
Nie byłoby tego filmu bez rewelacyjnego w każdym calu Josha Brolina. Ostatnie dwa lata to dla aktora świetny okres. Za swoją rolę w Milku Brolin otrzymał nominację do Oscara, za tą w W. też został dostrzeżony przez krytyków. Z przyjemnością ogląda się aktora, który z drugoplanowych rólek wychodzi na pierwszoligowe miejsce w filmie. W W. Brolin jest po prostu świetny, mimo mocnej charakteryzacji co rusz zmienia mimikę twarzy, naśladuje teksański akcent, niemalże staje się Georgem Bushem. Nie dorównuje mu nikt z obsady drugoplanowej, mimo iż Stone dał radu zgromadzić w swoim filmie wiele znanych nazwisk. Można tutaj zauważyć Rocharda Dreyfuss'a, świetną Ellen Burstyn czy też interesującego Jamesa Cromwella. Dla Stone'a znani aktorzy są w stanie wystąpić w filmie nawet jeśli maja do wypowiedzenia jedynie kilka kwestii.
Poza aktorami nie ma w tym filmie jednak wiele interesującego. Scenariusz jest zbyt statyczny, zawarte konwersacje niespecjalnie ciekawe, wszystko dzieje się zbyt wolno, jest rozwleczone. W tym ponad dwugodzinnym filmie niewiele jest momentów naprawdę wciągających i ciekawych. Można poczuć się zmęczonym. Niejednokrotnie. Nawet przeurocza scena z aureolą prezydenta i kilka jej podobnych nie ratuje całości. Można to obejrzeć. Ale na pewno nie trzeba.