Majka w TVN czyli kobieto bój się cytologii
Marta Czabała
A myślałam, że widziałam już wszystko. Tymczasem nowy serial TVN-u przekonał mnie, że telewizyjny realizm może mieć całkowicie nowe, nierealistyczne wcielenie. Bo jeśli ktoś w tą "majkową" fabułę uwierzył, w najbliższym czasie na pewno będzie omijał lekarza szerokim łukiem.
Przynajmniej lekarza ginekologa. W końcu - jeśliby wierzyć wydarzeniom z serialu - ten może dokonać rzeczy niesamowitych. Na przykład zapłodnić nas cudzym dzieckiem. Tytułowa Majka, Bogu ducha winna dziewczyna, uosobienie cnót i wdzięków, do ginekologa wybiera się bodajże po raz pierwszy. Nie w trosce o swoje zdrowie zresztą, potrzebuje zrobić badania do nowej, wymarzonej pracy. A tutaj nie lada niespodzianka. Lekarka - całkowicie omyłkowo - zamiast badania cytologii przeprowadza zabieg in vitro. Wkrótce Majka dowiaduje się, że jest w ciąży. Nie wie jeszcze, że ojcem dziecka jest jej własny szef i (a jakże) przyszła miłość.
Ojej. Po uwielbianej przez rzesze Polaków BrzydUli, TVN musiał dać mocnego następcę. I przyznać trzeba, że cel osiągnął, bo oglądalność Majki jest podobno już wyższa niż u jej poprzedniczki. Trudno jednak stwierdzić ilu z regularnych widzów ogląda serial z ciekawości czysto sadystycznej, tylko po to aby zobaczyć jak daleko zabrną scenarzyści i jaki koniec będzie miała, ta jakże wiarygodna historia o miłości i ZWYKŁYM życiu. Majka ciążę z nieznajomym przyjmuje ze stoickim spokojem, rezygnuje też (dlaczego?????) z zaskarżania o odszkodowanie kliniki. Przechodzi nad wszystkim do porządku dziennego. Cóż, bywa - zdaje się stwierdzać, nie przejmując się specjalnie tym co się stało.
Podobno Majka ma być dzisiejszym wcieleniem sukcesu, jednocześnie zawodowego i osobistego. To na niej wzorować się mają młode dziewczyny mieszkające w wielkich miastach, marzące o wielkiej miłości i wielkiej karierze. Tylko jak mamy w to wszystko uwierzyć? Jak mamy przyjąć to, iż badanie cytologii ma niczym nie różnić się od, swoją drogą dość skomplikowanej i długotrwałej procedury wszczepienia zarodka? Jeśliby historię Majki traktować jako prawdziwą, to samo może przydarzyć się każdej kobiecie, która regularnie i sumiennie wykonuje okresową cytologię.
A Polacy wierzą w seriale. Podobno jeszcze dzisiaj widzowie Na dobre i na złe piszą podania z prośbą o przyjęcie do szpitala w Leśnej Górze. Robert Janowski odszedł z serialu po tym jak na ulicy szykanowano go za to, że jego bohater zdradzał doktor Zosię (Małgorzatę Foremniak), na dodatek (olaboga) z mężczyzną. Jakub Tolak poddawany był publicznemu ostracyzmowi po tym jak u jego bohatera w Klanie zdiagnozowali HIV. Julię Kamińską nazywano na ulicy Ulą a napotykane osoby co rusz radziły jej co powinna robić z związku z Markiem.
Wierzymy w życie z małego ekranu. A Majkę oglądają przecież miliony. Jak wyssana z palca historia dziewczyny ma się jednak do kampanii społecznych promujących regularne badania wśród kobiet, przekonujących je, że to nie wstyd chodzić regularnie do ginekologa? Która z nas - wiedząc, że zamiast cytologii może mieć zabieg in vitro - poszłaby na wizytę dobrowolnie? Przeraża mnie to, że jest w Polsce chociażby jedna kobieta, która ze strachu przed podzieleniem losu Majki odwołała wizytę u lekarza. Jeśli tak, niech TVN ma ją na sumieniu, tak samo zresztą jak fakt propagowania wśród Polaków ciemnogrodu i teorii przypadkowych zapłodnień. Wszystko ma swoje granice. Póki Polacy nie nauczą się rozróżniać całkowicie fikcji od rzeczywistości, może lepiej ich nie naginać.