Nostalgia Anioła
Marta Czabała
Peter Jackson o emocjach. Miejscami nuży, częściej jednak porusza, nie tylko dzięki samej historii ale też aktorom odtwarzającym główne role. To trudny ale wartościowy film. Warty wybaczenia niektórych niedociągnięć.
Przyznaję się od razu, że nie czytałam książki, na film zaś poszłam skuszona nazwiskiem reżysera i pokaźną listą aktorskich talentów, które się w nim pojawiły. Świadoma byłam też fatalnych recenzji, bo ci co o filmie pisali, nie pozostawili na nim suchej nitki, wytykając reżyserowi dłużyzny i zbytni sentymentalizm. Ale cóż, nawet jak coś jest okropne, kinoman i tak pójdzie zobaczyć czy inni mieli rację.
Trochę mieli. Najnowszy film Petera Jacksona na pewno nie należy do jego najlepszych. Taki już los artystów - kiedy zrobią coś dobrego, wszystko inne będzie określane według jednej, bardzo wysokiej poprzeczki. Tutaj niestety, momentami do niej daleko. Nostalgia Anioła nosi w sobie wiele "Jacksonowskich" cech, które znamy z Władcy Pierścieni ale tym razem - wyjątkowo - raczej nie robią filmowi dobrze. To nie jest historia, którą można pokazać z rozmachem hollywoodzkiej super produkcji. To opowieść o relacjach rodzinnych i potędze miłości rodzica do dziecka. Taka bardziej dla pokrzepienia duszy niż oka spragnionego najnowszej technologii komputerowej.
Susie Salmon opowiada o swoim życiu, o rodzinie i ... o swojej przedwczesnej śmierci. Kiedy zostaje zamordowana przez psychopatycznego seryjnego mordercę, żałuje wszystkiego czego nie będzie jej dane w życiu doświadczyć. Pierwszego pocałunku, randki z chłopakiem, dorosłości. Rozżalona i rozgoryczona, nie jest w stanie po prostu odejść w stronę drugiego świata. Trafia gdzieś pomiędzy Ziemię a Niebo. W dziwnej, surrealistycznej krainie Susie ogląda jak jej własna rodzina musi poradzić sobie z jej zaginięciem i prawdopodobną śmiercią. Patrzy jak jej rodzice radzą sobie z rozpaczą, jak ojciec nie ustaje w poszukiwaniu jej mordercy i jak młodsza siostra robi wszystko to, co jej samej nie było w życiu dane. Patrzy też na swojego mordercę, który zaciera ślady i powoli szykuje się do zabicia kolejnej ofiary.
Osobiście wycięłabym z tego filmu wszystko to, co dzieje się w zaświatach. No dobrze, osiemdziesiąt procent. Świat w którym znajduje się Susie zrobiony jest z ukochanym przez Jacksona, ale niestety zbyt komputerowym rozmachem. Nie jestem w stanie wczuć się w magię świata, być może pięknego ale zbyt surrealistycznego a tym samym sztucznego. Starając się chociaż trochę utrzymać swoistą równowagę pomiędzy światem "przed" i tym po śmierci, Jackson nie jest w stanie uniknąć dłużyzn, rozwlekłych scen, niektórych ocierających się nawet o irytację widza. Lepiej byłoby bardziej skoncentrować się na "ziemskich" wydarzeniach. Najlepsze sceny z Susie, to te zwyczajne, kiedy z drewnianej altanki ogląda życie swoich bliskich. Takim scenom potrzebna jest emocjonalność aktorska Saoirse Ronan a nie zrobione komputerowo góry i doliny.
Ale aktorzy są wspaniali. Wszyscy zresztą bez wyjątku, chociaż nawet w tak doskonałej grupie są lepsi od innych. To film przede wszystkim Saoirse Ronan i Stanley'a Tucci. Tucci po raz kolejny zadziwia. Jego psychopatyczny morderca, szaleniec, jest tak prawdziwy, że nawet w zaciszu bezpiecznego kina przechodzą ciarki. Nie ma bardziej przekonującej roli niż ta jego a sam aktor to kunszt i klasa. Wielkie brawa. Doskonała jest też Ronan, dokładnie taka jaka ma być jej postać: przepełniona bólem, pretensjami do świata, pełna żalu, że musi opuścić tych których kocha. To do niej należy najbardziej emocjonalna rola i wywiązuje się z niej doskonale. Wyrasta w Hollywood kolejne pokolenie gwiazd a młodziutka dziewczyna idzie na ich czele. Nie jest już żadną debiutantką a na swoim koncie ma już jedną nominację do Oscara za rolę w filmie Pokuta. Czy udźwignie presje i przetrwa aktorsko w dorosłym życiu jeszcze zobaczymy.
No i jeszcze Susan Sarandon. Grająca drugoplanową (przynajmniej z założenia) rolę, jest ozdobą dla każdego ujęcia w jakim się znajduje i w każdym na równi przyciąga uwagę. Sarandon jest już w tym wieku, że dostaje role babć ale gra je z taką klasą, że niejeden "młodziak" pozazdrościłby takiego epizodu. Przecudownie ucharakteryzowana jest autorką wszystkich najlepszych w tym filmie tekstów, wydaje się też być "najżywszą" postacią całej historii.
Historii, która porusza jeden z największych dramatów, jakie przydarzyć się mogą rodzinie oraz jedną z najważniejszych rzeczy jakie rodzina posiada. Miłość. Śmierć własnego dziecka to trudny temat filmowy i niejeden reżyser nie był w stanie zrobić z takiej historii dobrego filmu. Jackson wielkim reżyserem jest (chociaż ci co widzieli jego pierwsze filmy lubią się spierać) dlatego jego film porusza, wywołuje żywe emocje, czy to wzruszenia czy strachu. Mimo tego iż doskonale wiemy jak skończą się pewne sceny, napięcie niejednokrotnie sięga zenitu. A my sami przy wyjściu ukradkiem ocieramy łezkę. Więc jeśli to nie świadczy o dobrym filmie to co?