Nie wszystko złoto, co się świeci
Małgorzata Dobroszyńska
Płyciutka opowiastka przygodowa. Nieźle zagrana i przy pięknych, urzekających zdjęciach, niestety jednak scenariuszowo pozostawiająca wiele do życzenia. Takich filmów było już kilkaset. Jedne lepsze lub gorsze. Ten niestety pozostaje z tej niższej i raczej mało śmiesznej półki.
Benjamin Finnegan (Matthew McConaughey) szuka skarbu. Konkretnie zatopionego statku, który w 18 wieku przewoził do Hiszpanii wielki skarb. Na temat statku ma zresztą swoistą obsesję, w której towarzyszy mu żona Tess (Kate Hudson). Do czasu jednak, bo ta zmęczona wieloletnimi poszukiwaniami chce wrócić do normalnego życia codziennych ludzi. Pech jednak chce, że zaraz przed sprawą rozwodową Benjamin znajduje najlepszy od wielu lat trop, prowadzony wprost do zatopionego statku. Tuż za nim do wyścigu stają jego konkurenci, w tym jeden, całkiem groźny gangster.
Piękne widoczki, piękni aktorzy. Na pewno jedna bardzo piękna łódź. Tylko co z tego jeśli to wszystko już było! I to wielokrotnie w znacznie lepszym wydaniu. Jako widzowie szukaliśmy skarbu już chyba na każdy z możliwych sposobów. Ostatnio najlepszym z nich był Skarb Narodów, który - mimo oklepania tematu - przyniósł nam jeszcze całkiem porządną dawkę śmiechu i świeżości. Tutaj tego właśnie zabrakło.
W filmie Andego Tennanta wszystko wydaję się być zbyt naciągane nieświeże. Dowcipy nie śmieszą, straszne momenty wcale nie są straszne. Mamy za to wiele innych "atrakcji". Matthew McConaughey biega wszędzie eksponując nagi tors, Kate Hudson odsłania swoje nagie wdzięki w bikini. Wszyscy wspaniale wdzięczą się do kamery na tle pięknego krajobrazu. Wszystko to jednak nie pomaga w uratowaniu samego filmu bo ten będzie sukcesem jedynie dla tych, którzy nie widzieli jeszcze 300 innych z tego gatunku. I nie pomogą tutaj piękne i egzotyczne zdjęcia niezmiernie utalentowanego Dona Burgessa, nie pomoże też jak zawsze doskonały Donald Sutherland. Dla widzów powyżej wieku nastoletniego film pozostanie jedynie obojętną, przeciętną rozrywką, takich jak wiele przed nim. Nie ma po co oglądać, na pewno nie ma po co pamiętać.
W ramach obiektywizmu przyznam jednak, że znaleźli się amatorzy zaprezentowanego humoru. Tacy, którzy co rusz wybuchali śmiechem. Ku mojemu zdumieniu nawet nie ci najmłodsi. Cóż, recenzja pozostaje rzeczą subiektywną. Ja się pod swoją podpisuję. I uszanuję tego co się ze mną nie zgodzi.