Sierociniec
Marta Czabała
Sierociniec na pewno pozostawi po sobie pozytywne odczucia, bo to film sprawny, świetnie zagrany i niezmiernie fachowo zmontowany. W swoim gatunku trzyma się świetnie, bo też budzi odpowiednie uczucia na widowni. Produkuje w końcu Guilermo del Toro, odpowiedzialny za hiszpańskojęzyczne filmowe wydarzenie zeszłego roku. Jednak ten widz, który oglądał Labirynt Fauna może poczuć lekki niedosyt. Od taki malutki.
Najłatwiej jest zrobić horror zostawiając na odludziu swoich bohaterów, narażając ich na działanie nadprzyrodzonych sił zmarłych duchów czy też okazjonalnie wysłanników piekieł. Takich filmów mieliśmy już setki, z różnym oczywiście rezultatem. Bywały straszne, straszniejsze - bywały też oczywiście nieziemskie gnioty, których nie było nic w stanie uratować. Dobrze, że Sierociniec należy raczej do tej pierwszej kategorii.
Motyw w sumie jest prosty. Oto Laura (Belen Rueda) wraz z mężem i adoptowanym synem Simonem wprowadzają się do wielkiego, opuszczonego domu, w którym kiedyś jako wychowanka domu dziecka spędziła dzieciństwo. Laura chce wraz z mężem utworzyć coś na kształt rodzinnego domu dziecka, przyjmując dzieci specjalnej troski. Nie zwraca specjalnej uwagi na to, że jej syn zaczyna przyjaźnić się z wyimaginowanymi przyjaciółmi a alarm wzbudza dopiero jego zaginięcie. Odtąd Laura i Carlos poświęca każdą wolną chwilę aby odnaleźć swoje dziecko.
Jako producent, del Toro pewnie nie uniknie porównań z Labiryntem Fauna. To przecież ten film ustawił bezsprzecznie wysoką poprzeczkę, stając się bodajże jednym z najlepszych filmów dekady. Tutaj jest gorzej ale daleka jestem od potępienia. Nie można w końcu robić samych arcydzieł a Sierociniec w końcu reżyserował kto inny, czyli Juan Antonio Bayona. Mi jednak Sierociniec bezsprzecznie przypomina inny, też zresztą bardzo dobry film. Podobny konwencją, sposobem filmowania, ba nawet pewnymi zdarzeniami Sierociniec jest bardzo podobny do filmu Amanebara Inni. I to zdecydowanie za bardzo aby oglądający oba filmy kinoman nie doszukał się uderzających podobieństw. Mam za złe Del Toro, Bayonie i scenarzyście Sergio Sanchezowi, że zrezygnowali ze świeżości jaką można było tym filmem osiągnąć. Wszystko już przecież było, jeśli nawet nie w Innych to na pewno w innych horrorach. Na plus samej historii przemawia jedynie całkiem niezłe zakończenie, która na pewno warte jest pójścia do kina. Na dodatek wszystko zagrane jest wspaniale. Na nasze szczęście Del Toro nie zdecydował się na zatrudnianie wszechobecnych gwiazd. Wielkie brawa dla prawdziwych i bardzo utalentowanych gwiazd. Mabel Rovera, Roger Princep, Geraldine Chaplin. Ogromne i bez wątpienia największe brawa dla Belen Ruedy.
Pozytywnym aspektem są też bez wątpienia zdjęcia, autorstwa Oscara Faury. Piękne, wizjonerskie pejzaże są w tym tworzą w tym filmie obraz magiczny. Cóż, może nie taki jak w Faunie ale czy stworzenie klimatu poprzez samo filmowanie wody nie jest samo w sobie zabiegiem mistrzowskim. Wiele w tym filmie można docenić. Każdy detal zdaje się być wypracowany do ostatniego szczegółu. Huśtawka. Zabawka. Nawet pudełko na skarby małego dziecka.
Nie jest to film zły, nie jest jednak tak wybitny jak jego poprzednik. Zarówno reżyser jak i Guilermo Del Toro muszą się liczyć z tym, że nie będzie w stanie powtórzyć tego co wcześniej udało wyśmienicie. Nie da się. Niemniej jednak Sierociniec powinien znaleźć wierną publiczność, którym film spodoba się za mroczny klimat i nietypową atmosferę. Pewnie będą to w dużej mierze miłośnicy horroru jako gatunku. No ale w końcu czy coś w tym złego?