Teraz pada deszcz...
Dorota Miśkowicz
Wielka historia w tle, dużo emocji, namiętna miłość pełna wzlotów i upadków, a to wszystko widziane oczami dziecka- tymi słowami streścić można fabułę Australii Baza Luhrmanna. Piękna i bogata wdowa (Nicole Kidman) oraz nieokrzesany, acz jakże męski w swej prostocie pogromca bydła ( Hugh Jackman) niewątpliwie aspirują (przynajmniej w mniemaniu scenarzystów i reżysera) do miana wiecznych kochanków, którzy, pokonawszy wszelkie przeciwności wiernie wpisują się w ramy klasycznego, arcy- romantycznego związku. Na początku ich dialogi są bardzo ostre i żadne z nich nie wyobraża sobie, aby ów interlokutor mógłby kiedykolwiek nawet pretendować do roli drugiej połowy. Perspektywa bohatera różni się jednak zasadniczo od perspektywy widza, wobec czego ten drugi już wie (a przynajmniej się domyśla), czym zakończą się one scysje. I, choć miłość wypuszcza swe pędy w czasach suszy (co, jak wiadomo, nie zawsze daje się od razu zauważyć), w porze deszczowej przeżywa już okres bujnego rozkwitu, bazując na epikurejskim Carpe diem. Scena, podczas której lady Sara, wykorzystując własny przebłysk geniuszu, stwierdza, iż teraz pada deszcz, po czym dochodzi do pocałunku jest wręcz śmieszna. Kiedy po jakimś czasie Drover przypomina sobie owe słowa tylko tę komiczność potęgują. Rosną do rangi uniwersalnej, aczkolwiek nigdy nie odkrytej sentencji, symbolizującej niejako stopień zaangażowania bohaterów w ich związek, żeby nie powiedzieć: dozgonną miłość. Proste zdanie odegrało rolę niezwykle głębokiej metafory, rzucając cień na rzekomą paraboliczność scenariusza.
Film sprawia wrażenie zlepka wielu scen z przeróżnych produkcji; począwszy od rozdeptania przyjaciela bohaterów przez gnające bydło (któż z nas nie pamięta Mufasy z Króla Lwa W. Disney'a, który zginął w podobny sposób?), aż po marną próbę skopiowania sceny z Czasu Apokalipsy F. Coppoli; samoloty przymierzające się do zrzucenia bomb, pod nimi zaś gromadka uciekających dzieci. Fakt, iż historia opowiedziana jest przez dziecko (co, swoją drogą też już miało miejsce; m. in. w Malenie G. Tornatore) tylko pogarsza sprawę. Nie każda opowieść wymaga tak dobitnego wskazania na narratora.
Scenariusz zdaje się zaprzeczać samemu sobie; podczas gdy raz na jakiś czas wyłania się przesłanie dotyczące symboliki opowieści; istoty jej jakości- cały film bazuje na niezwykle banalnej, średnio ciekawej historyjce, która, eksponując tło historyczne (a przy okazji konflikty i mentalność społeczną), próbuje stać się kolejnym klasykiem melodramatu. Konkretne osadzenie w czasie i przypominanie o nim jest, jak widać, wyznacznikiem zaliczenia danego filmu do rangi co najmniej dobrych (podobną próbę widzimy w Ciekawym przypadku Benjamina Buttona). Zwłaszcza, jeżeli obsada filmu jest tak doborowa, co niestety bardzo często przesądza o prestiżu filmu, przynajmniej w mniemaniu widza.
Reakcje bohaterów są przewidywalne (co naturalnie nie znaczy, iż są oni niewiarygodni psychologicznie); m. in. pierwszy pocałunek, poprzedzony znaczącym spojrzeniem. Nie robi także wrażenia scena, podczas której Nullah (Brandon Walters) sobie tylko znanym sposobem zatrzymuje pędzące krowy. Nawiasem mówiąc- jego postać jest raczej komiczna, niż wzruszająca; m. in. jego zwroty typu Wyśpiewam cię do siebie. Fakt, iż jest on dzieckiem nie usprawiedliwia tegoż.
Jedynym aspektem różniącym Australię od innych tego typu melodramatów jest brak tragicznego zakończenia. Obaj kochankowie padają sobie w ramiona, persona non grata ginie, dobro zwycięża, zaś wspomniany już konflikt społeczny (nietolerancja) zostaje z czasem rozwiązany. O dziwo- nikt nie ginie, ratując kogoś.