Freedom w Komedii
Dorota Miśkowicz
Czołem królewny! - tymi słowami witana jest publiczność spektaklu Boyband. Nie da się ukryć, iż tego typu zwroty królują także na koncertach większości męskich zespołów muzycznych, żeby nie powiedzieć: stanowią wręcz uniwersalne motto każdego z nich. Stosunek ów potęguje rzucanie koszulek w końcowej fazie przedstawienia oraz moment zejścia lidera zespołu ze sceny, o dziwo- kierującego się w stronę największej kumulacji płci pięknej. Nawiasem mówiąc- to właśnie panie zajmują największą część widowni.
Ze spektaklu wyszłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony bowiem Boyband jest komedią. Z drugiej natomiast zawiera on sceny, których przesłanie, choć banalne, zdaje się aspirować do tytułu moralitetu. I właśnie owe pseudo- moralizatorskie kwestie zniżyły ogólny poziom sztuki.
Jest to historia fikcyjnego, męskiego zespołu muzycznego Freedom; Adama (Tomasz Bacajewski), Jay'a (Jarosław Derybowski), Seana (Marcin Mrozuński), Matt'a (Maciej Radel) oraz Danny'ego (Michał Kruk). Tak naprawdę jednak głową zespołu jest Wayland (Jan Jankowski). To on jest jego pomysłodawcą. On także czuwa nad promocją oraz finansami. Aby zyskać sławę i pieniądze, jest gotowy na wszystko. Umowa, którą chłopaki podpisują z Waylandem jest swoistym cyrografem; już po jakimś czasie okazuje się, że są oni całkowicie podporządkowani swemu mentorowi, zaś za pracę włożoną w marketingowy rozwój zespołu Wayland nie zamierza przyznać im ani grosza.
Spektakl jest parodią powszechnego zjawiska powstawania uwielbianych przez miliony nastolatek boysbandów. Kult, jaki wytworzył się wokół każdego z nich zauważył, a następnie sparodiował brytyjski dramaturg, Peter Quilter (W Komedii Boyband reżyserował Tomasz Dutkiewicz). Nie skupił się jednak wyłącznie na komicznych aspektach. Na tle z pozoru zgranej grupy, ukazał indywidualną ścieżkę każdego z jej członków. Ich marzenia, ambicje, plany na przyszłość. Skonfrontował powszechną percepcję zespołu muzycznego jako całości; ludzi, którzy myślą i robią wszystko jednakowo z realnym obrazem jego członka; buntującego się wobec tego utartego schematu. Oprócz tego zgrabnie zawarł w sztuce nieformalne prawa, rządzące światem show- biznesu.
Świetnie ze swojej roli wywiązała się Dagmara Czarnecka, odpowiedzialna za kostiumy w spektaklu. Ich dobór był niezwykle adekwatny do tych, w jakich występowali przedstawiciele wyżej wspomnianych zespołów. Bulwersowanie się o zbyt ciasne stroje Marcina Mrozińskiego mija się z celem.
Na szczególną uwagę zasługuje wokal wspomnianego już Mrozińskiego, lidera zespołu, choć pozostałym członkom grupy także nie można niczego zarzucić (może z wyjątkiem dykcji w kilku momentach).
Bez wątpienia najmocniejszą stroną przedstawienia są piosenki; ich teksty oraz choreografia. Wiernie naśladują wszelkie infantylizmy, jakich jakże często jesteśmy świadkami, słuchając piosenek zespołów takich, jak Backstreet boys, Westlife, czy Take That. Także gesty, jakie wykonują poszczególni członkowie zespołu mają charakter satyryczny, acz zarazem niezwykle realistyczny. Wprost genialnie oddają atmosferę występów zdecydowanej większości tego rodzaju boysbandów. Motyw deszczu, tak często wykorzystywany przez męskie grupy muzyczne także znalazł swoje miejsce w sztuce.