Droga do szczęścia?
Dorota Miśkowicz
Nie pierwszy raz zdarza się, by tytuł konkretnego dzieła był nieadekwatny do jego fabuły. Tak też dzieje się w przypadku Drogi do szczęścia Sama Mendesa, na podstawie powieści o tymże samym tytule Richarda Yatesa. O ile bohaterom wydaje się, że ich działanie z pewnością wywoła pozytywny skutek, o ironio, dzieje się wręcz odwrotnie.
Rzec by się chciało, jakoby trudne związki; problemy małżeńskie oraz niemożność (czy może podświadoma niechęć) ich pokonania są domeną tegoż reżysera. Podobny obraz mamy przed oczami, oglądając chociażby American Beauty. Reżyser, z perspektywy obcokrajowca ukazuje po raz kolejny typowo amerykańską rodzinę; na pozór nie mającą żadnych problemów, świetnie się rozumiejącą i kochającą.
Młode małżeństwo z dwójką dzieci, symbolizujące niemalże idyllę; piękny dom z ogrodem i równo przystrzyżoną trawą, przemili sąsiedzi, w tle zaś lata pięćdziesiąte, Stany Zjednoczone. Rzeczywistość jednak nie jest tak sielankowa, jak wskazuje powyższy opis. Oboje są sfrustrowani; rozczarowani egzystencją, jaką przyszło im wieść. Zdają się być niedojrzali, do roli rodziców jak i do małżeństwa. Nie wiedzą, czego konkretnie chcą od życia (być może dlatego właśnie tak łatwo jest się nam z nimi utożsamić?), toteż budują przyszłość, o jakiej, wydaje im się, powinni marzyć. Oficjalnie uchodzą za wzorowe małżeństwo z Revolutionary Road. Przysłowiowym kościotrupem w szafie są niespełnione ambicje oraz małe prawdopodobieństwo na ich zrealizowanie w przyszłości.
Bez wątpienia jedną z ważniejszych postaci jest John (nominowany do Oscara Michael Shannon). Leczenie psychiatryczne pozbawiło go możliwości realizacji swojej największej pasji- matematyki. Od początku popiera decyzję Wheelerów dotyczącą wyjazdu do Paryża, nawiasem mówiąc-jako jedyna osoba. Jest typowym nonkonformistą, który z owego buntu nie chce wyrosnąć; nie zamierza stosować się do reguł, jakie rządzą światem. Stara się udowodnić, że tak naprawdę jedyną ścieżką naprawdę prowadzącą do szczęścia jest szaleństwo; zrobienie czegoś niezgodnego z konwenansami tudzież własną wizją dotyczącą indywidualnych planów względem samego siebie.
Na szczególną uwagę zasługuje gra Kate Winslet oraz Leonardo di Caprio, nieśmiertelnych kochanków z Titanica. Tak naprawdę jednak główną rolę odgrywają emocje. Z jednej strony to one stanowią pośrednią przyczynę kłótni i przykrości. Z drugiej jednak są nieodłączną częścią jakichkolwiek relacji (zakładając, że są one prawdziwe, nie wymuszone). Odpowiednio wysoką rangą reżyser naznacza też krzyk. Ukazuje potencjalne skutki jego permanentnego stosowania.
Bohaterowie, owszem, dążą do szczęścia. Nie wahają się, gdy istnieje możliwość, poświęcenia się dla partnera. Mimo to, delikatnie mówiąc, nie zawsze są jednomyślni.
Nie jest to typowa komedia romantyczna, jak sugeruje tytuł. Film zdecydowanie skupia się na destrukcyjnych aspektach związku Wheelerów, jednocześnie jednak na zaangażowaniu weń obydwu małżonków; wzajemna miłość nie stoi pod znakiem zapytania nawet wówczas, gdy otwarcie się jej wyrzekają. Nie mamy wątpliwości, iż pod stertą kłótni, stanowiących niemalże codzienność, a także zdrad- kryje się prawdziwe uczucie. Szczerze mówiąc momentami ma się tego dość; nie można się doczekać, kiedy dojdzie do rozejmu, zaś kiedy doń dochodzi, wręcz czuje się wiszącą w powietrzu kolejną scysję. Swoją drogą- podobnie rzecz ma się w Vincencie i Theo Roberta Altmana. Nie sądzę, aby wywołanie przeświadczenia o głębokiej miłości, podczas serwowania niemalże wyłącznie scen bynajmniej tegoż nie demonstrujących- należało do najłatwiejszych.