Thomas Pynchon
"49 idzie pod młotek"
Marta Czabała
Począwszy od dziwacznego tytułu, książka Pynchona i cała jego opowieść też jest dziwna. Nie znaczy to jednak, że dziwna na tyle aby nie czytelnika nie zaabsorbować i nie wciągnąć. Jeśli już przebrnie się przez pierwsze kilkanaście stron, ciężko będzie tą prawdziwie dziwaczną książkę odłożyć.
Moje pierwsze spotkanie z Thomasem Pynchonem było wyjątkowo nieudane. Mając 19 lat, zaczęłam swoją uniwersytecką przygodę z literaturą tzw. nie szkolną. Jedną z obowiązkowych pozycji na liście był właśnie Pynchon i jego 49 idzie pod młotek. Pamiętam, że wtedy niemalże z autentycznym cierpieniem przedzierałam się przez kolejne strony, zmęczona surrealistyczną wizją Pynchona i nieskładną, niezrozumiałą historią.
Na szczęście jednak tylko z pozoru nieskładną i niezrozumiałą. Drugie moje spotkanie z Pynchonem okazało się bowiem być podróżą wyjątkowo ciekawą i wciągającą. Niemalże dekadę później przeczytałam 49 idzie pod młotek niemalże jednym tchem, obiecując sobie, że do powieści wrócę w pierwszej możliwej chwili.
Raczej krótka książka to opowieść o Edypie, która pewnego dnia staje się wykonawczynią testamentu i jednocześnie beneficjentem spadku po swoim byłym mężczyźnie, niejakim Inveraritym. Jak wieść głosi był on właścicielem niezliczonych wprost dóbr materialnych. Wraz z drugim wykonawcą testamentu niejakim Metzgerem, Edypa próbuje zrealizować swoje zadanie. Po drodze jednak napotykają na nie lada kłopoty. Zanosi się nawet na spisek i konspirację...
Czyta się tą książkę troszkę jak zapiski niezmiernie urokliwego szaleńca. Począwszy od imion bohaterów czy miejsc, wydarzenia jakie przyjdą w udziale Edypie i Metzgerowi stanowią coś na kształt surrealistycznej wizji świata, stworzonej jednak przez pisarza o niebywałej wprost wyobraźni oraz zdolności do cynicznych, ironicznych ale zawsze wartościowych spostrzeżeń i komentarzy co do rzeczywistości. Ta rzeczywistość książki daleka jest od tej prawdziwej, jest trochę dziwna, odkształcona, jednak wciągająca jak najlepszy narkotyk. Wizja Pynchona jest wizją którą wartą zgłębić, skupić się na jego spojrzeniu, pomyśleć nad historią jako prawdziwie arcyciekawą baśnią. Taką nie do końca baśniową.
Nie jest to absolutnie książka dla kogokolwiek kto nie osiągnął jeszcze prawdziwie dorosłego wieku. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Pynchon jest bez wątpienia prawdziwie wartościowym autorem i na zrozumienie jego wizji warto jest poczekać. A jeśli nie uda się za pierwszym razem, warto spróbować ponownie.
P.S. Życzę powodzenia wszystkim studentom filologii angielskiej.