Co jest grane?
Marta Czabała
Będzie subiektywnie, bo też recenzje inne być nie mogą. Co więcej będzie dobrze, nawet jeśli głosy widzów obecnych na sali wyrażały dezaprobatę. Ja byłam zachwycona, świetnym, autoironicznym i pełnym drwin scenariuszem oraz jedyną w sobie grą aktorską. Wyszłam pod wrażeniem. Ale ja, Proszę Państwa Barrego Levinsona kocham. Czystą miłością kinomana.
Bo Barry Levinson piekielnie inteligentnym reżyserem jest. Co do tego już chyba nikt nie ma żadnych wątpliwości. Udowodnił to przecież kilkunastoma filmami - dramatycznymi, poważnymi i komediowymi, pełnymi humoru i celnych spostrzeżeń na świat. Jego filmy i jego historie komentują rzeczywistość, naśmiewają się z przerysowanych amerykańskich postaw, niejednokrotnie zaś wyrażają zaniepokojenie wydarzeniami na świecie. To piękne, podejmujące jedynie pozornie błahe tematy filmowe twory, nieodzowne na półce szanujących się wielbicieli kina.
W swoim ostatnim filmie Levinson śmieje się niejako ze swojego środowiska, na cel obierając sobie światek Hollywood. Jego bohater Art Linson (Robert De Niro) to typowy (podobno) producent filmowy, taki z rodzaju szanowanych ale wiecznie zajętych. Art dzieli swoją dobę pomiędzy dwie byłe żony, trójkę dzieci, montaż filmu, plan nowego filmu, negocjacje, dyskusje oraz rozwiązywanie problemów, których w tym świecie nie mało. Kiedy na ich szczycie ląduje fatalne przyjęcie jego najnowszego filmu, Art musi na dodatek pogodzić wymagania sponsorów, producentów wraz z wizją naćpanego i konfliktowego reżysera, wynegocjować zmianę zakończenia a wszystko przed końcem tygodnia, zanim film trafi na festiwal w Cannes. Po drodze trzeba jeszcze przekonać Bruca Willisa, że jego postać w najnowszym filmie niekoniecznie powinna mieć długą brodę...
Dzieje się dużo, nie znaczy to jednak, że łatwo jest się w opowieści Levinsona zgubić. Wszystko ma swój sens i zamyka się w całość. Przesłanie jest podane na tacy: ci którzy myślą, że Hollywood to ziszczenie wszystkich marzeń, powinni raz jeszcze swoją opinię przemyśleć. Najlepiej trzymać się z daleka. Przez komediowe tło Levinson pokazuje bezwzględność, brak szacunku, troskę wyłącznie o pieniądze i niemożność nawiązania poprawnych relacji osobistych/rodzinnych - wszystko to zaś w świecie owładniętym alkoholem i narkotykami. Swoim widzom pokazuje jak krótka może być kariera i jak pozornie błahy szczegół może z dnia na dzień strącić nas z piedestału na który ciężko pracowaliśmy lub na który trafiliśmy przysłowiowym łutem szczęścia.
Nie byłoby tego filmu bez fenomenalnego (jak zawsze) Roberta De Niro oraz obsady drugoplanowej, niemniej jednak tak samo gwiazdorskiej jak aktor pierwszoplanowy. Chyba u żadnego reżysera nie można spotkać jednocześnie tylu gwiazd, godzących się zagrać nawet krótki epizod, byle w filmie zaistnieć. Żadna z nich nie musi starać się nam czegokolwiek odwodnić, wystarczy jedynie na ekranie być i nas bawić. Ten film iskrzy humorem dzięki malutkiej (ale arcyważnej) roli Bruca Willisa, rozkosznemu Stanleyowi Tucci, wspaniałemu Johnowi Turturro oraz Catherine Keener. Wszyscy składają się na opowieść śmieszną, ale śmieszną mądrze, ciekawą i pełną wnikliwych obserwacji. Ogląda się to z dużym zainteresowaniem a całość jest podłożem do długiej "pokinowej" dyskusji, takiej jakie kinomani lubią najbardziej. Jest na co popatrzeć. Kinowe mniam i pycha.