Vicky Cristina Barcelona
Marta Czabała
Wielbiciele mistrzowskiego humoru Allena mogą poczuć się lekko zawiedzeni, bo też jego najnowszy film daleki jest od wyśrubowanych i niezmiernie wysokich standardów. Śmiechu będzie mało, pozostanie jednak przyjemna w odbiorze historyjka, niezłe aktorstwo i przepiękne zdjęcia Barcelony. A to już i tak całkiem dużo.
Jestem głęboką i zdeklarowaną fanką talentu Woodego Allena. Filmy, które mistrz nakręcił jeszcze przez moim urodzeniem zajmują na mojej filmowej półce niezmiernie zaszczytne miejsce. Ile razy nie obejrzę Morderstwa na Manhattanie tyle razy będzie mnie ono śmieszyć. Takich scenariuszy dzisiaj już się po prostu nie pisze. A przynajmniej bardzo rzadko.
Od czasów kiedy Allen obraził się na swoją ojczyznę a tworzyć zaczął wyłącznie w Europie, wydaje się być bardziej stonowany i mniej cyniczny. Nie pisze już równie ironicznych, iskrzących błyskotliwym humorem scenariuszy. Tak jest właśnie w Vicky Cristinie Barcelonie, czyli moralitetu Allena na temat miłości.
Kochajcie jak chcecie, szukajcie miłości, bierzcie odpowiedzialność za swoje czyny - Allen prowadzi dywagacje na temat przeróżnego rodzaju miłości. Jego opowieść rozpoczyna się w momencie kiedy dwie Amerykanki, Vicky i Cristina przyjeżdżają do Barcelony na lato. Vicky, stateczna i spokojna z natury, chce od życia stabilizacji a po zakończeniu lata zamierza wyjść za mąż za ustabilizowanego, pewnego ale nudnego narzeczonego. Cristina sama nie bardzo wie czego chce od życia. Nie może zdecydować się co do przyszłości osobistej czy zawodowej, eksperymentuje, uważa się za wyzwoloną. Dwie dziewczyny chcą spędzić spokojne lato, jednak ich plany spalą na panewce, kiedy - jednego wieczora w restauracji - znany malarz Juan Antonio zaproponuje im wspólny weekend i równie wspólny romans.
Talentu Allena co do tworzenia wybornych i wybitnych komedii kwestionować nie można. Określanie tego filmu jako komedię jest jednak całkowitym nieporozumieniem. To raczej taka opowiastka z potencjalnym morałem, dywagacja na temat miłości i ludzkiego poszukiwania uczucia u drugiej osoby. Allen jak zwykle przyciąga świetnych aktorów. Podobno rolę Marii Eleny napisał specjalnie dla Penelope Cruz. Za maleńki epizod Cruz otrzymała statuetkę Oscara. Mimo otrzymanej nagrody, to jednak nie ona przyciąga najwięcej uwagi. Ba, nie robi tego nawet uroczy Javier Bardem czy też Scarlett Johansson, muza reżysera, obecna w kilku jego ostatnich filmach. Ich wszystkich przyćmiewa Rebecca Hall, aktorka stosunkowo mało jeszcze znana. To właśnie bez niej ten film nie byłby nawet w połowie tak przekonujący jak jest i to ona zdaje się być warsztatowi najlepsza.
Równie wspaniałe jak Hall są w też tym filmie zdjęcia, mistrzowsko ilustrujące całą historię, idealnie przedstawiające piękno Barcelony i Hiszpanii. To chyba właśnie one przyciągają oko widza znacznie bardziej niż sama, mocno dla mnie niezdefiniowana historia. Bo też tak naprawdę nie wiem dokładnie co takiego Allen chce nam pokazać. Opowieść o tym jak - mimo szansy na szczęście - każdy skazany jest na swoje przeznaczenie? O tym, że nie jesteśmy dość odważni aby gonić za prawdziwym szczęściem? Niespecjalnie kupuję definicję filmu jako historii o pogoni za miłością. Wiem jednak jedno. Nie do końca byłam i jestem do tego filmu przekonana. Można to obejrzeć. Jednak do wielkich dzieł Woodego Allena jest mu niezmiernie daleko.