Co się zdarzyło w Las Vegas
Małgorzata Doboszyńska
Odpowiedź prosta. Nic się nie zdarzyło. Stała się jedynie nędzna i marna komedyjka, nieciekawie zagrana i absolutnie nie śmieszna. Taka, którą wprost trzeba zapomnieć już przy napisach końcowych. I absolutnie nie dzielić się wrażeniami z innymi.
Las Vegas podobno jest uniwersalnym lekarstwem na wszystkie smutki. Tak myśli Jack (Kutcher), którego z pracy wyrzucił nawet własny ojciec, o tym przekonana jest także Joy (Diaz), którą właśnie w paskudny sposób porzucił mężczyzna. Zaprawieni alkoholem, udają się na całonocną zabawę, zakończoną zresztą pijackim ślubem w jednej z kaplic. Rano oczywiście chcą wszystko unieważnić, jednak na przeszkodzie staje nagła wygrana w kasynie i świeżo nabyta wspólnota majątkowa.
Potem będzie już tylko coraz głupiej. Będzie tutaj 2000 idiotycznych gagów rodem z filmów dla 13latków, czyli siusianie do zlewu, wykręcanie deski klozetowej, czy też sperma na łóżku. Kutcher dwoi się i troi ale co by tam na ekranie nie wymyślił, dobrym aktorem i tak nie będzie. Diaz nie jest lepsza, ostatnio chyba stacza się po aktorskiej równi pochyłej, kolejne - rzadkie zresztą - filmy prezentują coraz gorszy poziom. Znacznie ciekawsi są aktorzy drugoplanowi, Lake Bell czy też Rob Corddry, zarówno prezentowanymi dialogami jak i aktorskimi umiejętnościami.
Całość jest całkowicie niestrawna, dla każdego kto w filmie ceni sobie humor. Ale w zasadzie cóż można się spodziewać po niedoświadczonym reżyserze i scenarzystce odpowiedzialnej raptem za dwa filmy? Nie będzie puenty, nie będzie przesłania, na pewno nie będzie humoru. Niewiele jest tutaj tego co ogląda się naprawdę przyjemnie i co nie wywołuje skrajnej irytacji widza. Może w szkole podstawowej spojrzałabym łaskawszym wzrokiem. W chwili obecnej nie ma szans.