21
Marta Czabała
Szalenie ciekawa i wciągająca przypowiastka moralna o tym, że pewnych granic lepiej jest nie przekraczać. Morał położony na tacy niczym obiad a całość niezmiernie przewidywalna, niemniej jednak całokształt nie razi i pewnych żenujących granic nie przekracza. Plus jak zawsze świetny Kevin Spacey i Laurencem Fishbournem w pod jednym dachem.
Jeśli chce się skończyć w Stanach Zjednoczonych Harvard trzeba być cholernie bogatym. Takie oto stwierdzenie wyciąga ze swoich doświadczeń młody i zdolny student MIT, Ben Campbell, tuż przed studiami na wymarzonej harvardzkiej medycynie. I głowi się, skąd weźmie 300 tysięcy dolarów na kolejne lata studiów. Z pomocą przychodzi mu profesor z jeszcze obecnej uczelni, niejaki Micky Rosa, który proponuje udział w zorganizowanej przez siebie grupie, która to co tydzień rozgrywa w Las Vegas Black Jacka, metodycznie licząc kolejne karty. Ben, oszołomiony potencjalnymi zyskami postanawia zarobić Black Jackiem na swoje czesne, po drodze jednak nie jest w stanie przestać grać...
Przyjemnie się to ogląda bo całość wciąga, jednak momentami irytacja osiąga skrajne poziomy. Ale cóż, należy przytoczyć przykładów kilka. Nasz protagonista zarabia pieniądze po to aby... schować je w przewodzie wentylacyjnym swojego pokoju w akademiku. Najwyraźniej nie jest poinformowany, że przeciętny tylko widz kinowy, tam właśnie szukałby potencjalnej fortuny. Czy naprawdę tylko nieliczni znają instytucję bankowych skrytek? Cała grupa, jako sygnał zaproszenia do stołu karcianego używa absurdalnego, zwracającego na siebie uwagą sygnału krzyżowania rąk za plecami. Czy naprawdę coś może być jeszcze bardziej oczywistego? Brak pomysłowości w zmienianiu znaków naszych bohaterów i zbyt mała inicjatywa twórcza szalenie irytuje, ale też rozumiem, że ma prowadzić do określonego zwrotu akcji i wymienionego wcześniej morału. Cóż, taki scenariusz.
Pociąga bez wątpienia za to gra aktorska, bo też film Roberta Luketica zgromadził dobrych i tych Bardzo Dobrych współczesnego kina. Prym bez wątpienia wiedzie tutaj Kevin Spacey, który już dawno okazał się aktorskim kameleonem, mogącym zagrać wszystko. Jak zawsze majestatyczny jest też Laurence Fishbourne, tym razem w roli nieustępliwego twardziela. Pozytywnie zaskakuje też najmłodsza obsada, Jim Sturgess, Kate Bosworth, Aaron Yoo i Liza Lapira. Gra aktorska jest równa, na poziomie, dodaje całemu filmowi wiarygodności.
Wielkie brawa za idealnie skontrastowane zdjęcia dla wielkiego talentem Russela Carpentera, który złożył ze sobą piękne pejzaże Las Vegas i zimnego Bostonu. Gra kolorami i samym światłem daje nadzwyczajnie wizualne efekty.
Ukłony dla scenarzysty i reżysera, zdolnych wykreować opowieść ciekawą i wciągającą, długą w minuty (125!), której to długości jednak nie czujemy. Zrobienie takiego filmu samo w sobie jest jakimś sukcesem. Pewnie oglądając niejeden marzy o tym aby samemu rozgryźć Black Jacka i stać się posiadaczami wielotysięcznej fortuny. Pomarzyć na takich filmach można. Tylko ja schowałabym raczej wszystkie te wygrane do banku. Albo przynajmniej do skarpety :-) .