Powielony Iron Man
Marta Czabała
Kiepski, niestety! Szkoda, bo zatrudnienie Roberta Downeya Juniora w roli super bohatera stanowi nie lada potencjał na kino rozrywkowe. Tymczasem wszystko tutaj wydaje się być sztucznie rozciągnięte, mało śmieszne i zdecydowanie zbyt patetyczne. Oby ewentualny sequel nie przyniósł równego rozczarowania.
Ekranizacja przygód super bohatera to w zasadzie murowany sukces dla producenta. Nie tylko zwabi ona tych najmłodszych, przyciągnie też i starsze pokolenie, rządne filmu śmiesznego, ironicznego, niejednokrotnie o wiele lepszego niż tzw. kino ambitne. Nie znaczy to jednak oczywiście, że wszystkie takie filmy spełniają wyżej wymienione warunki. Ba, jedynie nieliczne mogą zachwycić całością a i tak - powstające taśmowo sequele nigdy nie dają równej satysfakcji.
Moim osobistym faworytem z gatunku super bohatera na ekranie zawsze był i będzie pierwszy z serii filmów o Batmanie. Tim Burton z pomocą wielkiego talentem Michaela Keatona i demonicznego Jacka Nicholsona stworzyli film nie tylko ciekawy, ale też iskrzący humorem, ironią reżyserskim talentem. Burton powtórzył zresztą swój sukces w sequelu ale kolejne jeszcze części były już tylko nędznym odzwierciedleniem oryginału. Strach pomyśleć co będzie w nowym, wchodzącym latem na ekranie Batmanie, gdzie historia z Jokerem została po prostu zdublowana. Hm...
Wśród filmów, które bezsprzecznie zdobyły moje serce są też bez wątpienia też Spiderman, Hellboy czy też Hulk, wszystkie nie koniecznie za rozmach, a zdecydowanie za humor. Z niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę przygód Hulka, tym razem z niepowtarzalnym Edwardem Nortonem. Sama przyjemność. I ciężko powtarzalna. Bo - choćbym nie wiem jak się starała - nie uznam za przyjemność konieczności oglądania Iron Mana. Szkoda, bo Robert Downey Junior jest aktorem wprost stworzonym do takiej roli.
Niestety, jest on jednocześnie jedynym powodem, dla którego ten film można by oglądać. Wszystko inne niestety pozostaje jedynie powielonym schematem, mało ciekawym i zdecydowanie mało zabawnym. Zresztą sama historia nie porywa. Iron Man to historia Tonego Starka, właściciela fabryki z bronią, który nagle odkrywa - będąc porwanym bodajże przez afgańskich rebeliantów - że ta nie zawsze wykorzystywana jest ona do dobrych celów. Sam będąc jednak geniuszem inżynieryjnym, z niewoli wyrywa się bez problemu, konstruując coś na kształt nowoczesnego pancerza obronnego, w którym przeistacza się w tytułowego Iron Mana. Już na wolności udoskonala swoje dzieło, które - oczywiście - przyda mu się w zwalczaniu czyhającego dookoła zła.
Wybaczam banalniutki scenariusz bo żaden z filmów w tym gatunku nie może grzeszyć literacką ambicją. Nie mam zamiaru jednak wybaczyć w nim braku - niemalże całkowitego - humoru, bo to film z miejsca dyskwalifikuje. Podczas bitych dwóch godzin filmu dowcipy, te śmieszne, można policzyć na palcach jednej ręki, z czego ten najśmieszniejszy znajduje się dosłownie w ostatniej klatce filmu. Całość rozciągnięta jest wprost niemiłosiernie, tak aby zmieścić maksymalną liczbę wybuchów, strzelanin i pięknych - przyznaję - samolotów wojskowych. Po raz kolejny mamy też dowód, że nie da się uciec przed amerykańskim patosem. Kiedy to pomagający w ucieczce Starkowi miejscowy umiera w wyniku postrzałów, robi to oczywiście z głową na amerykańskiej fladze. Żenada absolutna, jak powiedziałby mój 16letni bratanek.
Oprócz Downeya, świetnego zresztą jak zawsze, w filmie pojawia się - nie widziana na ekranie od dawna - Gwyneth Paltrow, która tutaj jest niestety mdła i bez wyrazu, nieciekawa i banalna. Jeśli ktoś może jednak zasłużyć na małą pochwałę to Jeff Bridges, którego nowy image jest oszałamiający. Zajęło mi kilkanaście minut aby skojarzyć skąd znam tego pana.
A więc całość? Jeśliby wyciąć z filmu Downeya nie byłoby w nim wartego oglądania. Niestety, jest źle i nieciekawie. Szkoda. Może gdyby film skrócić, zmienić scenarzystę, trochę mniej amerykanizować... Ale cóż, jest jak jest. Być może 12latki będą zachwycone. Ja z rezerwą poczekam na sequel.