Morał gratis
Dorota Miśkowicz
Bez wątpienia Paulo Coelho swoje pięć minut na światowej arenie literackiej ma już za sobą. Przetwarzanie prostych prawd oraz wkładanie ich między wiersze banalnych przypowiastek, będące jego największą domeną znalazło także zastosowanie w powieściach francuskiego filozofa, dramaturga i powieściopisarza właśnie- niejakiego Ericha Emmanuela Schmidta. O ile jednak Coelho posiada względne wyczucie pointy, bohater poniższych rozważań- ani trochę.
Schmidt, porzuciwszy poczciwy zawód wykładowcy uniwersyteckiego, decyduje się na całkowite poświęcenie literaturze, zwłaszcza pisaniu sztuk teatralnych. Każdy etap indywidualnych poszukiwań sensu życia czy Boga i przejawów jego obecności jest uwieczniony w kolejnych dziełach. Są one niejako odzwierciedleniem aktualnego stanu intelektualno- duchowego autora; zdają się pokazywać, do czego właśnie doszedł (Nie jest to jednak, jak zdawać by się mogło- utożsamianie narratora z autorem).
Na początku, kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po książki Schmidta, miałam w perspektywie napisanie recenzji każdej z osobna. Jednakże- przeczytawszy kilka z nich, doszłam do wniosku, iż wszystkie zawierałyby niemalże te same informacje; forma i zamysł każdego z nich jest w zasadzie taka sama.
Zacznę od języka, jakim posługuje się autor. Prosty, pełen infantylnych zwrotów, porównań czy metafor. Odpowiedni dla zbuntowanych gimnazjalistów, nieświadomych realnych zalet literatury pięknej, a zatem łaknących wręcz grafomanii.
Także przesłanie (ściślej; przesłanki), wokół jakiego oscyluje fabuła każdego z wydanych dzieł, zdaje się być adekwatna do wymagań trzynastoletniej społeczności. Propagowanie akceptacji siebie samego takim, jakim jest się w rzeczywistości sprawia wrażenie idealnej riposty na psychologiczne spostrzeżenia dotyczące właśnie tej kwestii, niezwykle wyraźnej w większości przypadków. Recepta dla zakompleksionych nastolatków, ot co. Inne motywy, poruszane przez Schmidta nie są bardziej oryginalne. Schematyczna percepcja odwagi, siły prawdziwych miłości i przyjaźni, tolerancji czy szczerości jest- delikatnie mówiąc- obecna.
Bohaterowie, występujący w powieściach Schmidta są z reguły personami powielającymi utarte schematy osobowościowe. Przykładowo- Zeus Peter Lama z Kiedy byłem dziełem sztuki niemalże w stu procentach odzwierciedla postać artysty żyjącego w poligamicznym związku z komedii Ingmara Bergmana O tych paniach (1964).
Pośrednio moralizując, stara się skłonić czytelnika do refleksji na tematy dosyć banalne, podejmowane wielokrotnie. Forma, za pomocą której owe genialne wnioski są wyciągane przez autora jest mało oryginalna. Nierzadko posługuje się niedojrzałymi emocjonalnie bohaterami (m. in. Oskar i pani Róża, Pan Ibrahim i kwiaty Koranu czy Kiedy byłem dziełem sztuki), aby w ich usta włożyć banalne spostrzeżenia i nie zostać o ową banalność oskarżony; w końcu tekst nie ma być adekwatny do autora, lecz do osób występujących w powieści. Tym sposobem Schmidt zmusza nas do deliberacji na jakże rzadko poruszane tematy. Ludzie boją się umierać, bo odczuwają lęk przed nieznanym. Ale właściwie co to jest nieznane? Z reguły autor nie odpowiada wprost na tego typu pytania; zasiewa jedynie ziarno ciekawości, ażeby, wprawiwszy czytelnika w zakłopotanie, skłonić go do refleksji, a zatem, przeżycia nie tylko za sprawą doczesności.