Czy będę szczęśliwsza?
Małgorzata Kobus
Zauważyłam, że ostatnio wielką przyjemność sprawia mi zamykanie się w sobie, izolacja od innych. Tak, jakbym nikogo nie potrzebowała, od nikogo nic nie chciała. Odpowiada mi bardzo święty spokój, szczególnie wtedy, gdy zamykam się w czterech ścianach mojej małej biblioteki, gdzie mogę uciec w ulubiony świat książkowych historii.
Lubię też swój rytm życia z ostatnich tygodni - wstawanie po siódmej, jazda trzydzieści kilometrów do pracy, gdzie po drodze sama ze sobą robię zakłady o to, jak długo będę stać w korkach. Potem praca, o której istocie nikt z moich znajomych tak naprawdę nie ma pojęcia, więc na tym polu zostają mi jedynie telefoniczne konwersacje ze znajomym z Warszawy. Po pracy jazda do macierzystego biura, codzienny lunch z szefem, kilka spraw na mieście, wizyta w banku. Potem już tylko relaks, a właściwie wysiłek połączony z relaksem w postaci siłowni, czasem zakupy i około dziewiętnastej powrót do domu. Wieczory mijają mi na siedzeniu sam na sam ze sobą, oglądaniu ulubionych seriali, gdzie zawsze mogę odnaleźć Przyjaciół (sic!), ulubionym czytaniu, długich rozmowach - czy to przez telefon, czy na żywo - z Mamą, Siostrą, wyjściem do kina z nimi. To mnie w pełni zaspakaja i mam wrażenie nic więcej mi nie brakuje do... świętego spokoju, bo przecież nikt tu nie mówi o szczęściu.
Dziwne, że tak poddałam się temu, wydawać by się mogło - nudnemu rytmowi, ale mi to odpowiada. Sądzę jednak, że teraz nie potrzebuję niczego/nikogo innego. Pewnie oszukuję samą siebie, ale tak mi dobrze. Kiedyś, jeszcze rok, półtora temu, uważałam, że nastał piękny czas w moim życiu - nie czułam się tak dobrze ze sobą, tak ładnie.
Ale to było wtedy, gdy w t y c h oczach widziałam zachwyt, a w t y m głosie słyszałam zainteresowanie. Teraz to wszystko minęło, a ja się poddałam zalewającej mnie fali obojętności. Nie mam na nic ochoty, otoczenie wydaje się wypłowiałe, ludzie nudni i nijacy; chcę tylko spokoju. Nawet (a może wreszcie?) problemy innych przestały mnie martwić. Nie mam już ochoty spełniać oczekiwań innych, uważać, by kogoś nie urazić. Nie chcę też się już smucić. Nic nie chcę. Jedyną przyjemność sprawia mi dobra whisky od czasu do czasu. Bez sensu to wszystko, ale to mi nie przeszkadza.
Inspiracją do powyższych wynurzeń był zapomniany trochę, lecz moim zdaniem ponad czasowy, tekst Edwarda Stachury, na który przypadkiem (a może nie?) natrafiłam. Ponieważ sens słów bardzo odpowiada bezsensowności, jaka mnie ogarnęła, postanowiłam na tym fragmencie oprzeć moje czerwcowe rozważania.
(...)Nie myśl, że nie kocham/lub że tylko trochę kocham./Jak cię kocham, nie powiem, no bo nie wypowiem -/tak ogromnie bardzo, jeszcze więcej może./I dlatego właśnie żegnaj,/zrozum dobrze, żegnaj, żegnaj./Z nim będziesz szczęśliwsza,/dużo szczęśliwsza będziesz z nim./Ja, cóż -/włóczęga, niespokojny duch,/ze mną można tylko/pójść na wrzosowisko/i zapomnieć wszystko./Jaka epoka, jaki wiek,/jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień/i jaka godzina/kończy się,/a jaka zaczyna./Ze mną można tylko/w dali znikać cicho. *
* Z nim będziesz szczęśliwsza, E. Stachura