Adrenalina
Marcin Hęclik
Pewnego dnia po przebudzeniu Chev Chelios (Jason Statham) dowiaduje się, że podczas snu została mu wstrzyknięta do krwi substancja, która ma go boleśnie zabić w ciągu godziny. Jedyną szansą na przedłużenie swojej egzystencji jest stałe dostarczanie organizmowi coraz więcej adrenaliny. Bogatszy o tą wiedzę Chev stara się uratować swój tyłek i przy okazji zemścić się na winnych jego krzywdy.
Tak w dużym skrócie prezentuje się fabuła filmu. Zapowiada ona czystą akcję. W końcu adrenaliny nie dostarcza się siedząc w miejscu. "Rozrywki" serwowane sobie przez głównego bohatera bywają dosyć oryginalne. Wśród nich bójka z policjantami czy seks w nietypowym miejscu należą do tych najmniej oryginalnych. Naszemu osiłkowi udaje się przeżyć (a jakże) jedynie dzięki swym nietypowym umiejętnościom. Mianowicie na codzień trudni się... zabijaniem ludzi na zlecenie.
To taki film niskiej klasy B lub nawet C, z najgorszych i najgłupszych rodzajów filmów akcji. Na dodatek wyglądem przypominający prehistoryczne dla filmu bo pewnie kilkunastoletnie produkcje. Oglądając go, miałem nieodparte wrażenie, że oglądam Chucka Norrisa 20 lat później. Wszystko co nie ma prawa udać się w świecie rzeczywistym jakimś cudem wychodzi, ważne są jednak efektowne kopnięcia i efektowne pościgi samochodowe. Tak to w końcu w świecie filmowym bywa. Sposób operowania kamerą (nawet efekty specjalne jeżeli można tutaj o takich w ogóle mówić) i ciągłe bójki są jak wyjęte z tamtych czasów. No może stopień brutalności i użycia "czerwonej farby" na ekranie przenosi nas w nieco bardziej współczesne czasy. Ale do takich filmów przyzwyczaił nas po trosze już sam aktor znany choćby z serii "Transportera". Generalnie miłośnikom niewyszukanego kina akcji film można polecić. Pozostali, szukający czegoś więcej niż bandy osiłków/kaskaderów, będą conajmniej zawiedzeni. To czysta, mało wyrafinowana akcja i przemoc. Lekko niestrawne w odbiorze.