Duchy moich byłych
Marta Czabała
No dobrze. Obejrzałam. Pewnie nawet kilka razy się uśmiechnęłam. Ale śliczni aktorzy to jednak za mało przy marnym scenariuszu, oklepanych dowcipach i przewidywalnych do bólu kolejnych wydarzeniach. Można się zmęczyć. Jeden taki film rocznie to zdecydowanie wystarczająco.
Kiedy w głównych rolach filmu mamy dwoje znanych a na dodatek niezmiernie atrakcyjnych aktorów, scenariusz jest już kwestią drugorzędną. Kto przecież nie pójdzie zobaczyć boskiego Matthew McConaughey'ego zakochującego się w prześlicznej Jennifer Garner? Jeśli całość opatrzona zostanie etykietką jakże dochodowej komedii romantycznej, wtedy bilety będą z miejsca sprzedane. Nie mam wątpliwości, że na film pójdzie wielu. Wątpliwości jednak mam co do tego, kto z nich wyjdzie w pełni usatysfakcjonowany.
McConaughey w filmie Marka Watersa to Connor Mead, przystojny, miejski żigolo, odnoszący pasmo sukcesów na tle zawodowym. Connor skwapliwie korzysta ze swojej popularności, co rusz angażując się w kolejne romanse. Kobiety traktuje co najmniej przedmiotowo, co zresztą wielu z nim zupełnie nie przeszkadza. Connor jest przekonany o wspaniałości swojego życia, do czasu jednak kiedy przyjdzie mu uczestniczyć w ślubie i weselu brata. To właśnie tam spotka swoją pierwszą, jedyną zresztą miłość. To też tam, na własne oczy zobaczy prawdziwe wartości dla człowieka. A we wszystkim pomogą mu trzy duchy, w ciągu jednej nocy pokazujące mu jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Brzmi znajomo?
Dickens z rozpaczy przewraca się w grobie. Oparty na niemiłosiernie eksploatowanej Opowieści Wigilijnej, film Watersa to oklepana, przewidywalna historyjka o cudownym olśnieniu współczesnego yuppie, który nagle zaczyna rozumieć co w życiu ważne. Mniej więcej po pierwszej scenie, ba pewnie nawet po opisie można dokładnie wyliczyć każde kolejne wydarzenia oraz szczegółowo opisać koniec. Nawet bez oglądania filmu.
Dlatego jeśli już znajdziemy się na sali, należy na scenariusz przymknąć oko i skupić się na reszcie filmu. McConaughey i Garner to duet dla oka przyjemny, jednak to na obsadę drugoplanową warto jest zwrócić uwagę. Michael Douglas, Lacey Chabert, Robert Forster czy Anne Archer to cztery argumenty za obejrzeniem tego filmu. Mimo iż każde z nich po kolei jest na ten film z dobre. To oni są jego siłą napędową i powodem dla którego zostajemy na sali, zamiast uciekać z niej gdzie pieprz rośnie, po drodze żałując wydanych na bilet pieniędzy. Naprawdę nie warto tego filmu oglądać. Bo każdy z nas już taki widział, jedynie z inną obsadą i reżyserem. Szczerze odradzam.
P.S. Kiedy z lekkim znużeniem rozglądałam się po sali, dostrzegłam kobietę, która na film przyszła z - na oko - 8 letnim dzieckiem. Chłopiec siedział lekko oszołomiony, chłonąc opowieść, gdzie co drugie słowo to "bzykać". Moje gratulacje dla metod wychowawczych. Tak publicznie.