Gra dla dwojga
Marta Czabała
Na fali sukcesu serii Ocean's filmy o dobrych rabusiach zdają się przeżywać drugą młodość. Opowieści o sympatycznych złodziejach, ze szczyptą akcji, posmakiem romansu i komedii zdają się być receptą na natychmiastowy sukces. Okazuje się jednak, że nie zawsze. Bo Gra dla dwojga to jednak porażka.
A całość zapowiada się naprawdę dobrze. Dwójka agentów służb specjalnych, Claire Stenwick (Julia Roberts) i Ray Koval (Clive Owen) spotyka się na przyjęciu, jak się okazuje jedynie pozornie przypadkowo. Tej samej nocy Claire uwodzi Raya, odurza go narkotykami i kradnie tajne kody. Znika z życia agenta, tylko po to aby pojawić się kilka lat później, a całkowicie innej, aczkolwiek równie niespodziewanej sytuacji. Przyjdzie im bowiem wziąć udział w dość brutalnej walce między dwoma firmami kosmetycznymi, dla których likwidacja konkurenta jest priorytetem usprawiedliwiającym wszystkie legalne i nielegalne chwyty.
I gdyby wszystko szło jednym torem, pewnie film byłby znacznie lepszy. Gilroy zamarzył sobie jednak stworzenie historii pełnej zakrętów, zmienionych wątków i zaskoczeń. Niestety nie wyszło mu to na dobre. Ten ponad 2 godzinny film trzeba oglądać bardzo uważnie, jedno zamyślenie może bowiem spowodować, że nie odnajdziemy się w akcji już w ogóle. A co gorsze, nie będziemy chcieli się odnaleźć, bo też czym więcej intryg, tym większe będzie nasze zmęczenie. I niestety znudzenie. Skoki w chronologii, odkrywanie kolejnych wątków poprzez ciągłe skakanie w przeszłość, źle wpływa na wartkość filmu na zrozumienie całej fabuły. Z biegiem czasu przestaje nas interesować, kto, komu i dlaczego - istotnym staje się jednak to kiedy film w końcu się skończy. Zdumiewające jest, że coś takiego wyszło spod ręki osoby odpowiedzialnej za takie perełki akcji jak chociażby Tożsamość Bourne'a czy też naprawdę dobry i uznany przez krytyków Michael Clayton.
A tutaj klapa. I nawet aktorzy nie są w stanie ponownie wzbudzić naszego zainteresowania. Rzadko dzisiaj widywana na ekranie Julia Roberts zdaje się męczyć swoimi obowiązkami. Mimo poprawnego warsztatu aktorskiego, nie wzbudza sympatii, wygląda trochę jakby tak naprawdę nie chciało jej się w tym filmie grać. Takie same odczucia mam zresztą w stosunku Owena, który mimo swojego wrodzonego uroku nie jest w stanie zainteresować swoją postacią. Ja jako widz ich po prostu nie lubię. No i jeszcze jedno. Między bohaterami jest zero - tak podkreślanej w filmie - chemii. Wątek romansowy jest niewiarygodny, nierealny i nieciekawy.
Gdyby tak jednak nie patrzeć na główną dwójkę, można choć trochę przyjemności otrzymać z patrzenia na wspaniałego jak zawsze, jedynego w swoim rodzaju Paula Giamattiego. To aktor przez wielkie A, tutaj zresztą lepszy niż Owen i Roberts razem wzięci. Gdyby nie on, nie byłoby w tym filmie na co patrzeć. Bo nawet jeden bardzo dobry aktor, i niezła scena końcowa, to zdecydowanie za mało żeby ten film zarekomendować.