Ruiny
Ania Nowak
Raczej mało ambitne kino z gatunku horroru. Dużo krwi, jeszcze więcej krzyków, a wszystko to spowite w historyjkę o wierzeniach ludu w meksykańskiej dżungli. Dużo sensu nie ma ale jeśli potraktować to jako typowe kino klasy B, wtedy sprawdza się znakomicie.
"Atak gigantycznego szparaga" - tak oto jeden z recenzentów poczytnego dziennika podsumował film Cartera Smitha. Moim zdaniem przesadził. Horror klasy raczej B, to bardziej atak gigantycznego pnącego bluszczu, czegoś na kształt atrakcyjnej winorośli połączonej z atrakcyjnymi kwiatami. Ów złowrogi bluszcz okupuje atrakcyjne ruiny gdzieś w Meksyku, gdzie wybierają się z wycieczką krajoznawczą młodzi Amerykanie, prowadzeni zresztą przez niemieckiego, równie niedoświadczonego przewodnika. Kiedy już do ruin docierają, na drodze odwrotu staje im miejscowy lud, który jest raczej zdeterminowany aby nie pozwolić bohaterom na odejście.
Australijsko - amerykańska produkcja to raczej kino niewysokich lotów, nawet w gatunku jaki reprezentuje. Horror jako taki ma dzisiaj albo wysoko budżetowe i dobrze zrobione efekty albo potrafi stopniować napięcie w taki sposób abyśmy bali się wszystkiego. Nawet najbardziej niewinnych z pozoru rzeczy. W filmie Smitha wszystko sprowadza się do konfliktu amerykańska młodzież kontra zła roślina a całość przybiera raz lepsze, raz gorsze efekty. Niestety z przewagą tych ostatnich. Ten film to może niezły pomysł, ale średnio przemyślany i niekoniecznie dobrze wykończony. Wszystkie "straszne" sceny sprowadzają się praktycznie do pełzania w pionie i w poziomie niecnych odgałęzień bluszczu i ucieczki naszych bohaterów, obcinania kończyn lub wycinania niektórych części ciała. Miejscami naprawdę trudno jest dopatrzeć się poczynaniach bohaterów logiki. Bluszcz zresztą jest niezwykle ekonomiczny i pożera jedynie martwych, tym samym uprzątając z trupów raczej mały plan akcji. Ci którzy przeżyją krzyczą odpowiednio głośno a tym samym całokształt raczej marnego horroru zostaje dopełniony.
W zasadzie w całości można by nawet postarać się o amerykański morał, coś w stylu "nie choć tam gdzie ścieżka jest zakryta i nie kwestionuj pradawnych ludów i ich prawd". To może w Ameryce. U nas tekst jednego z bohaterów "czterech amerykańskich turystów nie znika bez wieści" wywołał na sali głośne salwy śmiechu. Potem już niespecjalnie wierzyliśmy w "i żyli długo i szczęśliwie". I nie było nam szkoda, kiedy polewały się kolejne hektolitry krwi.