The Incredible Hulk
Marta Czabała
Niby sequel a jednak nie do końca. Historia o tym samym, sprawnie zmontowana, nieźle zagrana, z rozmachem wykończona. Szkoda tylko, że reżyserowi nie udało się uniknąć kopii filmów innych twórców i niemiłosiernie przeciągniętych scen bitew bohaterów. Zostało jedynie kino przyzwoite.
Wielbię Edwarda Nortona wielką filmową miłością. Na ekranie mogę oglądać go po wielokroć, nawet jeśli w niezbyt udanym filmie. Nie wiem czym kierował się przy przyjmowaniu roli Hulka, jeśli jednak spełniał swoje dziecięce marzenia, pozostaje mi jedynie pogodzić się z decyzją. Niestety, to na niego spadnie część moich komentarzy, bo tutaj jest także współautorem scenariusza.
Nasz sequelowy Hulk ucieka do Ameryki Południowej aby tam spokojnie pracować nad lekarstwem nad swoją przypadłość. Prowadzi w miarę spokojne życie, od czasu do czasu konsultując swoje wyniki z internetowym przyjacielem. Wszystko oczywiście do czasu, kiedy to niechcący zdradza swoje położenie armii amerykańskiej. Wtedy (a jakże) musi uciekać, w czym nie pomaga mu jego zmieniająca się aparycja, oraz dobry przeciwnik, sztucznie wspomagany przez mundurowych naukowców.
No dobrze. Wiem, że od takich filmów nie można wiele wymagać. Po 3000 im podobnych można mieć jednak już pewne oczekiwania, przede wszystkim dotyczące wartkości całej akcji, efektów specjalnych a nawet aktorstwa. I już w pierwszym przypadku można mieć pewne zarzuty. Po zbyt rozciągniętym wstępie mamy chwilową, jednak w miarę przyzwoitą akcję, tylko po to aby zakończyć ją niemiłosiernie długą i lekko nudną sceną ostatecznej bitwy i naprawdę idiotycznym zakończeniem. Rozumiem potrzebę zostawienia sobie bramki do części trzeciej, ale schematy powielane są tutaj w sposób wprost nieznośny.
Całość byłaby już kompletnie niejadalna, gdyby nie sam Norton i towarzysząca mu obsada. Norton robi to co umie, przyzwoicie wypełnia swoje aktorskie obowiązki ale wielkiej roli z tego nie ma i nie będzie. Liv Tyler, doceniana może za urodę, aktorsko jest przyzwoita ale chyba wie, że jej rola ma ograniczać się przede wszystkim do ładnego wyglądu. To efekty specjalne mają grać tutaj pierwsze skrzypce, aktorstwo schodzi więc na drugi plan w stosunku do wybuchów, eksplozji i rysunkowych karykatur. Wszystko to jest zresztą całkiem przyzwoite ale przypomina już te setki poprzednich adaptacji znanych komiksów. Dlatego też - jeśli już upieramy się na pójście do kina - nie oczekujmy wiele od twórców tego filmu.