Katarzyna Grochola
"Kryształowy Anioł"
Małgorzata Doboszyńska
Sukces finansowy będzie na pewno bo czytanie Grocholi jest od kilku lat w modzie. Ta dosyć prosta historyjka o odnajdywaniu subiektywnej formy szczęścia da się czytać, ba nawet szybko i sprawnie. Szkoda tylko, że nagromadzenie nieszczęść irytuje a ilość bohaterów męczy. Można, ale zdecydowanie nie trzeba.
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, Czerwiec 2009
ISBN: 978-83-08-04350-9
Liczba stron: 550
Cena: 38,00zł
"Lubi happy endy bardziej w życiu niż w literaturze" taki opis Katarzyny Grocholi znalazłam na okładce jej najnowszej książki. W życie prywatne z braku znajomości autorki nie wnikam, jednak w jej najnowszej powieści wiele szczęścia nie ma. Nieszczęśliwa jest główna bohaterka Sara, kiedy przed samym ślubem nakrywa narzeczonego w łóżku ze swoją przyjaciółką. Niespełniona w pracy, nie czuje szczęścia w kolejnym związku, gdzie samotność towarzyszy jej częściej niż własny małżonek. Nieszczęśliwa jest też sąsiadka Sary Magda, którą po ośmiu latach związku opuszcza ukochany mężczyzna. Nieszczęśliwa jest Sary matka, dusząca się w nieszczerym wieloletnim małżeństwie i jej ojciec tkwiący w tym samym związku bardziej z przyzwyczajenia i poczucia obowiązku.
To nie wszystko jednak. Nieszczęśliwych jest jeszcze wielu, głównych i pobocznych bohaterów. Czym dalej brnęłam w tą książkę, tym bardziej wydawało mi się, że wolą autorki było udowodnienie, że wszyscy mogą być i na pewno są nieszczęśliwi. Na ponad 500 stronach nie znalazłam nikogo, kto miałby chociaż trochę poczucia osobistej czy zawodowej satysfakcji. Grochola nagromadziła ilość życiowych tragedii i osobistych frustracji godną co najmniej wielkiej epickiej tragedii. Trudno w to po prostu uwierzyć. Opisywanie grupy a nie stałe skupienie na jednej bohaterce też zresztą było dla mnie źródłem irytacji, Grochola co chwila przeskakuje z bohatera na bohatera, dopiero na końcu zawiązując wszystkie wątki. Można się zgubić. Co gorsza, można się też znudzić.
I wreszcie te zdania. Studenci dziennikarstwa uczą się, że lepiej jest pisać krótkie jasne zdania, bo te dłuższe mogą zgubić odbiorcę. No dobrze, ale 500 stron krótkich zdań? Ze wszystkim można przesadzić. Przesada z uproszczeniami. Aż tak niemądrzy nie jesteśmy. Zrozumielibyśmy i trudniejsze opisy. A tak czułam się czasami jakby ktoś traktował mnie jak półinteligenta.
Czepiam się oczywiście, bo "najbardziej poczytnej autorki" w Polsce można się czepiać bez wpływu na jej odbiór. Nie znaczy to jednak, że nie miałam przyjemności z czytania historii Sary. Szczerze mówiąc to moje pierwsze podejście do powieści Grocholi, a te pół tysiąca stron pochłonęłam w niespełna dwa dni. Czyta się to wartko, z umiarkowanym ale jednak zainteresowaniem. I fakt, że co jakiś czas przewróciłam z lekkiego znudzenia kilka kartek w żadnym wypadku nie wpłynął na - w gruncie rzeczy - pozytywny odbiór powieści.