Ja cię kocham a ty z nim
Marta Czabała
Pod kolejnym kretyńsko przetłumaczonym tytułem kryje się coś z pogranicza dramatu i komedii, całkiem zresztą strawnej mimo iż niemiłosiernie miejscami uproszczonej. Mimo iż bez specjalnych emocji ani śmiechu, ogląda się to całkiem przyjemnie. Warto, chociażby dla odkrycia, że Steve Carell potrafi być przyzwoitym aktorem.
"Prawdziwe życie Dana" - dosłowne przetłumaczenie angielskiego tytułu nadaje filmowi inne, bardziej poważne i w pełni zasłużone światło. Producenci polskiej wersji najwyraźniej nie byli do końca pewni sukcesu komercyjnego filmu, dlatego postanowili durnym tłumaczeniem podczepić się pod znany i niemalże wyznacznikowy komediowo film Ja cię kocham a ty z śpisz.
Porównywanie tych dwóch filmów to jednak kosmiczne nieporozumienie. Tamten był ciepłą komedią, bajką opowiedzianą w realnym świecie. Ciepłą i krzepiącą na duchu przyznaję, niejednokrotnie też śmieszną. Bajkowość i nierzeczywistość filmu z Sandrą Bullock była jednak oczywista, czego o filmie Petera Hedgesa powiedzieć nie można.
Ja cię kocham a ty z nim to opowieść zupełnie nie bajkowa, jednak znacznie głębsza i bardziej wzruszająca niż film z którym jest tak niesłusznie porównywana. Tytułowy Dan (Steve Carell) to wdowiec, samotnie wychowujący trzy córki. Dan, na co dzień trudniący się udzielaniem życiowych porad w jednej z gazet, sam nie jest w stanie z nich korzystać. Nie umie porozumieć potrzebom. Zmęczony i samotny, z wielką ulgą korzysta z możliwości weekendowego wyjazdu do rodzinnego domu. W wielkiej posiadłości nad jeziorem zbiera się cała rodzina. Załatwiając sprawę dla swojej matki, Dan poznaje w rodzinnej miejscowości kobietę. Po kilku minutach już wie, że to co do niej czuje jest wyjątkowe. Kiedy więc okazuje się, że Marie (Juliette Binoche) jest nową dziewczyną jego brata, Dan jest zrozpaczony. Ale brat to brat, samotny ojciec postanawia więc zapomnieć o nowej miłości. Ale mówić jest łatwo, trudniej zrobić...
Film reklamowany jest jako kolejne dzieło twórcy Był Sobie Chłopiec. To niewątpliwie cenna uwaga, mniej jednak niż ta, że Peter Hedges napisał też scenariusz do fenomenalnego Co Gryzie Gilberta Grape'a. Jego talent do tworzenia opowieści wyjątkowych widoczny jest od razu, historia o Danie to po prostu film niebagatelny, wzruszający i śmieszny jednocześnie, świetnie też zagrany.
To bowiem bez wątpienia okazja dla Steve'a Carella do pokazania całemu światu, że jest kimś znacznie więcej niż jedynie błaznującym idiotą z kretyńskiego filmu o 40letnim prawiczku. To postać Dana przyciąga największą, całkiem zasłużoną uwagę. Carell jest taki jak być powinien. Dramatyczny, wzruszający a jednocześnie śmieszny. Jest w tym filmie ojcem, synem i mężczyzną, za każdym zaś razem czyni to bezbłędnie. Brawo.
Jako całość to jednak film zdominowany przez kobiety. Silne zróżnicowane, grane przez utalentowane aktorki. Allison Pill, Dianne Wiest, Emily Blunt, Brittany Robertson dają temu filmowi niepowtarzalny koloryt, kreują studium osobowości, pokazują jak mądra może być kobieta. Zwłaszcza kobieta w zderzeniu z potrzebującym rady mężczyzną. I nie ważne czy jest to kobieta w roli matki, kochanki czy córki, każda z nich ma coś mądrego do zaoferowania.
Czułam się pokrzepiona mimo typowych dla filmu skrótowych uproszczeń. W końcu nie wszystko można opowiedzieć w półtorej godziny. Taka opowieść podnosi na duchu, daje nadzieję na rozwiązanie w kłopotach, cieszy. I nie ważne, że jest to film niewysokich lotów. Jeśli z kina wyjdziemy z uśmiechem, znaczy to, że sukces został odniesiony.