Stan Gry
Marta Czabała
Temu filmowi tak naprawdę nie można nic zarzucić. Poza świetnym, niejednoznacznym i zaskakującym scenariuszem, jest też świetna realizacja i reżyseria oraz prawdziwie gwiazdorska obsada utalentowanych aktorów. Bezbłędny majstersztyk kina. Będą nagrody.
Tak niewiele dzisiaj, film Macdonalda trzyma w bezustannym napięciu. Tak dużym, że dwie godziny trwania mijają niemalże w oka mgnieniu. A my przeżywamy historię z pogranicza najlepszego rodzaju thrillera i kryminału. Klasycznego i dawno w kinie niewidzianego.
Już na samym początku jesteśmy świadkami morderstwa dwóch osób, młodego, uciekającego przed nieznanym wrogiem człowieka i kolejnego, który jest świadkiem śmierci pierwszego. Niemalże jednocześnie, w dziwnych okolicznościach ginie współpracownica jednego z amerykańskich senatorów, Stephena Collinsa (Ben Affleck), na co dzień odpowiedzialnego za rządowe kontrakty zbrojne. W policyjnym śledztwie od początku uczestniczy wyga dziennikarstwa Cal McAffrey (Russell Crowe), przekonany o swoim niezawodnym zawodowym instynkcie i zdolnościach śledczych. Wraz z koleżanką po fachu Dellą Frye (Rachel McAdams), szybko odkryją, że oba śledztwa mają wspólny wątek. Cal angażuje się coraz bardziej, zwłaszcza, że senator Collins jest jego dobrym przyjacielem ze studiów. Tylko jakoś ten jego dziennikarski instynkt zaczyna go zawodzić.
Przyznam, że moje oczekiwania nie były wielkie, jednak rezultat przerósł je kilkunastokrotnie. To jeden z najlepszych filmów kryminalnych jakie zdarzyło mi się oglądać, nie tylko w przeciągu kilku ostatnich lat ale i kiedykolwiek. Świetny jest scenariusz, opowiadający historię mroczną, niejednoznaczną, wcale nie schematyczną czy powielaną w innych filmach. Ten scenariusz jest też fenomenalnie zrealizowany. To przecież reżyser i jego wizja są przede wszystkim odpowiedzialni za wszechobecne w filmie napięcie i - zbudowany za pomocą świetnych zdjęć - klimat, trochę przypominający te najlepsze gatunkowo kryminały z lat 70tych. Jeśli jeszcze we wszystkim grają utalentowani aktorzy, możemy z powodzeniem mówić o sukcesie, nie tylko finansowym ale przede wszystkim artystycznym.
Russel Crowe ostatecznie przekonał mnie do swojej osoby. Do roli Cala mocno przytył, zapuścił włosy, przybrał manieryczną, niechlujną postawę. Stał się Calem McAffreyem, nonszalanckim ale zaangażowanym emocjonalnie w swoje śledztwo mężczyzną. Wielka rola Crowe ale nie tylko jego. Równie dobra jak Crowe jest - wreszcie przez filmowców doceniana Rachel McAdams. Po kilku niewielkich rólkach w mało znaczących filmach, McAdams w końcu w pełni może pokazać swój aktorski potencjał. Wielki filmowy duet z Crowe'm.
Rewelacyjna - jak zawsze zresztą - jest też Helen Mirren. Mimo iż jej rola w filmie jest stosunkowo mała, Mirren przyciąga uwagę, zachwyca stanowczością swojej postaci. Z łatwością zwrócić można też uwagę na Jeffa Daniels, chyba na amen już zaszufladkowanego w małych rolach ale bez wątpienia wartego uwagi i Robin Wright Penn, kinie rzadko widzianą ale zawsze pamiętaną.
Najgorzej z całej obsady wypada Ben Affleck. To nie jest zły aktor, bywały przecież filmy gdzie za występ zbierał laury i pozytywne opinie krytyków. Tutaj jednak, być może w obliczu znacznie lepszego warsztatem towarzystwa, Affleck wydaje się być drewniany, sztuczny, jakby bez wyrazu i bez emocji. Jest bez wątpienia najsłabszym ogniwem całego filmu, poza nim prawdziwe udanego, świetnie zrobionego i bez wątpienia zaspokajającego poczucie filmowego głodu. Rewelacja.